Do napisania tej recenzji zabierałem się długo. Nie żeby brakowało mi pomysłu. Nic z tych rzeczy. Koncepcje w mojej głowie rodziły się w ilościach niekiedy hurtowych, jednak nie takich wniosków z lektury się spodziewałem. Bo muszę się przyznać - Andrzej Sapkowski był, i zresztą nadal jest, jednym z moich ulubionych polskich pisarzy. Stąd też za żadne skarby świata nie chciałem przyjąć do wiadomości, że oto na pomniku pisarza wybitnego – za jakiego w moich oczach uchodzi łodzianin - pojawiła się rysa.

Zacznijmy jednak od samego początku. Andrzej Sapkowski - gwiazda polskiej fantastyki, bezapelacyjnie najlepszy rodzimy pisarz fantasy, finalista „Nike”, wielokrotny laureat „Zajdli”, autor mogący pochwalić się ponad dwoma milionami sprzedanych książek - swoją ostatnią powieść wydał dość dawno, bo w roku 2007. Była nią, wieńcząca trylogię husycką, „Lux Perpetua”. Po ponad dwóch dekadach od debiutu Sapkowski sprawiał wrażenie człowieka nie tyle mającego już dość pisania, co pozbawionego pomysłu na nową literacką przygodę, można by zaryzykować stwierdzenie: wypalonego. Wielokrotnie podczas spotkań z czytelnikami wspominał, iż nie ma koncepcji na nową powieść, o większym cyklu już nie wspominając. Wielbiciele talentu Sapkowskiego, pomimo tych deklaracji, nie tracili nadziei. Posądzano autora o przekomarzanie się z fanami, doszukiwano się w jego deklaracjach zagrywek marketingowych. I w końcu stało się. Najpierw gruchnęła wiadomość o premierze nowej książki Sapkowskiego, by z kilkumiesięcznym poślizgiem w ostatnim kwartale 2009 światło dzienne ujrzała „Żmija”.
Będzie szalenie ryzykowne, gdy powiem, że Andrzej Sapkowski zbliża się do literatury mainstreamowej, ale coś zdaje się być na rzeczy. Saga o Wiedźminie była klasycznym fantasy, trylogia husycka - fantasy historycznym, w przypadku „Żmii” możemy mówić o czymś zbliżonym do urban fantasy. Wskazują na to dwa elementy: akcja książki rozgrywa się we współczesności (lata 80. XX wieku) i pojawiają się w niej elementy fantastyczne. Problem natomiast może wystąpić w momencie, gdy spróbujemy wskazać wielkomiejskość Afganistanu. Od biedy jednak można przyjąć, że tamtejsze wąwozy są tym samym co ulice dla nas, groty tym czym kawiarnie dla Francuzów, a wypasanie stada owiec to równie powszednia czynność jak dla Europejczyka jazda autobusem czy tramwajem. Pozostawiam jednak te dywagacje, nie chcę się bawić w nazewnictwo i przyczepianie najnowszej powieści Sapkowskiego etykiet. W większym stopniu zależy mi na wskazaniu zjawiska, które z upływem lat cechuje twórczość autora „Bożych Bojowników”. A mowa tu o podpieraniu się w coraz większym stopniu gotowymi schematami, coraz mniejszej chęci (?) do kreowania własnych, oryginalnych światów i coraz mniejszej staranności w maskowaniu politycznego przesłania książki płaszczem fabularnej intrygi i postmodernistycznej zabawy w skojarzenia. Jednak nie o wszystkim naraz.
Powieść ta jest z kilku powodów nietypowa. Po pierwsze, jest stosunkowo wątła gabarytowo. Sapkowski przyzwyczaił czytelników do tworzenia cykli. Na przygody Wiedźmina Geralta złożyło się łącznie siedem książek, Reinmar z Bielawy towarzyszył nam przez trzy tomy (łącznie liczące ponad 1700 stron), tymczasem w przypadku „Żmii” mamy do czynienia tylko z jedną, dość skromną objętościowo powieścią. Z czym może być związany taki stan rzeczy? Najnowsza książka łódzkiego pisarza w pierwotnym założeniu miała być jedynie opowiadaniem. Fragmentami - całkiem sporymi swoją drogą - fabuła stoi w miejscu. To, co było do tej pory znakiem rozpoznawczym prozy Sapkowskiego, czyli zawrotne tempo i trzymająca w napięciu akcja, tutaj gdzieś uleciało. W zamian otrzymaliśmy szczegółowe i zapewne wiernie oddane opisy uzbrojenia Armii Radzieckiej oraz zwyczajów panujących w obozach obu walczących w Afganistanie stron. To, co powinno być jednak dodatkiem, wisienką na torcie, zaserwowano nam jako danie główne. Owszem, pojawiają się spektakularne sceny batalistyczne, żywe i soczyste dialogi, w których ujawnia się kunszt pisarski Sapkowskiego, lecz brakuje tu porywającej fabuły pozwalającej się zatracić w opowiadanej historii. Nie chcę powiedzieć, że „Żmija” jest nudna, niczym przysłowiowe flaki z olejem... Znajdziemy tutaj fragmenty przyspieszające bicie serca, lecz w ilościach zdecydowanie niewystarczających. Gdyby Sapkowski był debiutantem, można by bić brawo, w przypadku starego mistrza, po lekturze pozostaje nam uczucie niedosytu.
Ciskam w osobę pisarza zarzuty, jakie można stawiać autorowi parającemu się jedynie literaturą rozrywkową. Tymczasem Sapkowski uchodzi za pisarza, który w sposób niebywale sprawny potrafi wplatać w opowiadane historie elementy pozwalające nam odnosić wrażenie, iż obcujemy z czymś więcej niż tylko kolejnym czytadłem. Podobnie jest i w tym przypadku. Intertekstualna gra z czytelnikiem i owszem, ma miejsce, jednak na pierwszy plan zamiast smakowitych odwołań do dzieł literatury i nie tylko, wysuwa się antywojenne przesłanie, które wręcz wylewa się z kart książki. W zasadzie „Żmiję” można potraktować jako ponad dwustustronicową krytykę wojen i wszelkiej krzywdy, jakie te ze sobą niosą. Sapkowski, posługując się historią krainy dziś zwanej Afganistanem, ukazuje ich bezsens i okrucieństwo. Polityczna aktualność książki to cecha, którą z całą pewnością należy zaliczyć na plus. Szkoda tylko, że Sapkowski zaserwował nam ją w sposób tak nachalny i oczywisty.
Andrzej Sapkowski, Żmija, wydawnictwo Supernowa, Warszawa 2009.
Tagi: Andrzej Sapkowski Żmija powieść fantasy Supernowa