Steve McQueen, artysta sztuk wizualnych, manifestuje swój twórczy przekaz realizacjami video pokazywanymi głównie w renomowanych galeriach. „Głód” to jego pierwsza, oby nie ostatnia, konfrontacja z masową widownią. Filmowa polemika, którą podejmujemy, wymaga wyzbycia się oczekiwania na klasyczną opowieść o brytyjsko-irlandzkich konfliktach. Tytułowy, niszczycielski głód ukazuje się nam w nieokiełznanej estetyce, która angażuje, namacalnie boli, sprawia, że doznawanie sensualnych wrażeń przybliża nas do emocjonalnych stanów postaci.

W Północnej Irlandii, pod Belfastem, znajduje się więzienie „Maze”. Dowiadujemy się, że przebywają tam, zarówno, skazani republikanie z IRA, jak i bojownicy paramilitarnych oddziałów lojalistycznych. Władze Wielkiej Brytanii twierdziły przez lata, że twierdza to najlepiej strzeżona tego typu placówka w Europie. Nasza uwaga zwrócona jest na blok H zakładu karnego, gdzie z dokładnością mikroskopijnej optyki przemierzamy zaułki pułapki więziennej. Film unaocznia historię 27-letniego Bobby’ego Sandsa (Michael Fassbender, widziany ostatnio w „Bękartach wojny”) – jednego z ówczesnych liderów Irlandzkiej Armii Republikańskiej. W 1981 roku rozgrywa się głodowy bojkot Sandsa i dziewięciu innych członków IRA. Bojówkarze domagali się statusu więźniów politycznych, tymczasem Żelazna Dama nieustępliwie określała przedstawicieli IRA jako niebezpiecznych kryminalistów.
Zanim bohater przystępuje do świadomej głodówki, pozbawieni wolności republikanie solidarnie podejmują „brudne strajki” – odmawiają penitencjarnych uniformów, umyślnie zaniedbują higienę osobistą. Nieczystość ciała idzie w parze z zanieczyszczeniem otoczenia – „degeneraci” pokrywają ściany celi szpetną mazią (fekalia i resztki jedzenia). Do rytualnych praktyk zalicza się wylewanie uryny na korytarze. Brytyjscy funkcjonariusze natychmiastowo rozpoczynają otwartą walkę, przemocą i szyderstwem nękając buntowników. Prężni strażnicy poddają regularnym torturom wychudzone, zakrwawione i obnażone ciała osadzonych. Kamera wciska się w skórę, kiedy rejestruje z mikroskopijną precyzją sceny udręki, kar cielesnych, bezwzględnej agresji.
Ograniczenie niemal całej akcji do szarych murów „Maze” przyczynia się do odrealnienia poszczególnych sekwencji. Prószący śnieg, oddechy na mrozie, czy żywe owady sprawiają wrażenie obcych obiektów, zjawisk wyrwanych z innej czasoprzestrzeni. Więzienny dramat samorzutnie rozgrywa się w trzech aktach. Pierwsza, prawie bezsłowna część odzwierciedla patologiczną atmosferę aresztu. Kaci i ofiary – dwa polarne wizerunki kłują w oczy naturalistycznym minimalizmem, okraszonym brutalną, atawistyczną przemocą rodem ze Średniowiecza. Drugi fragment to werbalne potwierdzenie tragicznego scenariusza, który otrzymaliśmy na początku. Statyczne ujęcie dwudziestominutowego dialogu Sandsa i irlandzkiego księdza hipnotyzuje surowością, teatralną stylistyką przywołującą skojarzenie z twórczością Petera Greenawaya. Moralna słuszność umierania – poprzez tę rozmowę historia zyskuje wymiar uniwersalny, nie tylko za sprawą chrześcijańskiej symboliki, ale również w obliczu aktualnych wydarzeń w Abu Ghraib czy Guantanamo. Ostatni akt to milcząca opowieść, dokumentująca umieranie Sandsa. Na skutek intensywnego wygłodzenia jego ciało niszczeje, psychika dostarcza koszmarnych halucynacji. Każda czynność, ruch, gest, każde zbliżenie na sylwetkę przekazuje ładunek cierpienia i poświęcenia, do jakiego zdolny jest człowiek.
McQueenowi udało się uniknąć radykalizmu, fanatyczni aktywiści IRA mówią, aczkolwiek rzadko, ludzkim głosem, mają rodziny i dzieci. Strażnicy bez wahania stosują przemoc, ale przekonujemy się, że im także towarzyszą moralne dylematy. Narracja nie wdaje się w rozgrzebywanie, osądzanie brytyjsko-irlandzkiej polityki. Jedyny partyjny akcent to żelazny głos nieugiętej Margaret Thatcher, który dźwięczy co pewiem czas. Przeszłość Sandsa pozostaje pustą kartką, reżyser nie mitologizuje skazańca, a jedynie wnikliwie rejestruje jego nadzwyczajne, 66-dniowe, dobrowolne męczeństwo. Zapisu świadomego zmierzania do śmierci nie odnotowały materiały archiwalne, ani tomy publikacji historycznych. Film bez zbędnej kurtuazji „wchodzi z butami” w progi naszego duchowego sanktuarium. Filozoficzny wymiar poświęcenia, w którym ciało staje się bronią, ostatecznym narzędziem protestu świadczy o wysokiej samoświadomości reżysera. Środki wyrazu potęgują wymowność dzieła – zapach, dotyk, obraz – składają się na niekwestionowany artyzm. Wszelkie próby interpretacji są zamachem na warstwę zmysłową, nad którą warto pochylić się indywidualnie.
„Głód” jest jednym z filmów prezentowanych w ramach przeglądu Nowe Horyzonty Tournée. We Wrocławiu bedzie można zobaczyć jeszcze dwukrotnie: 10 i 12.01 w kinie „Warszawa”
Głód (Hunger), reż. Steve McQueen, dystrybucja: Monolith Films/Stowarzyszenie Nowe Horyzonty 2008
Tagi: Steve McQueen kino irlandzkie Michael Fassbender Era Nowe Horyzonty