G punkt | Sięgamy głębiej

Film

Bękart Ameryki

Autor: , dodano: 30-06-2008, 22:35

Cudowne dziecko. Człowiek orkiestra. Filmowiec samouk. Dla jednych postać, która zmieniła kino i wprowadziła je w nowe tysiąclecie. Dla innych anarchiczne beztalencie epoki video. Jedno jest pewne: o rzeczach ukazanych w jego filmach nie śniło się nawet najśmielszym fizjologom. Stworzone przez niego dzieła porównuje się do dokonań Godarda, Cassavetessa, Warhola, czy Tarkowskiego, gdyż tak samo, jak wyżej wymienieni, zmienia on oblicze współczesnego kina.

Dla Harmony Korine'a nie tyle liczy się opowiadana historia, ile  pewne wrażenie, które tkwi w widzu jeszcze na długo po obejrzeniu filmu, a niektóre sceny, ujęcia, kadry pozostają  w nim na zawsze. To nowy rodzaj kina. Chcę pokazać ludziom, że rzeczy muszą się zmienić. Możemy robić filmy zupełnie inaczej - tłumaczy swoją twórczość.

Dzieciństwo sielskie, nieanielskie

Moja matka jest lesbijką, ale urodziła mnie w zwykły sposób. Mając trzydzieści lat, przechodziła klimakterium. Urosły jej wąsy i straciła ochotę na seks - tak o swoim pochodzeniu mówi Korine w debiutanckim filmie „Gummo”. Choć prawda na ten temat jest zupełnie inna, to jego rodzina była równie nietuzinkowa. Urodził się 4 stycznia 1973 roku w Bolinas w Kalifornii, ale wychował w trockistowskiej komunie w Nashville w stanie Tennessee. Z dzieciństwa najlepiej pamięta wysadzanie w powietrze pustych kościołów, tym bowiem głównie zajmowali się, wraz ze znajomymi, jego rodzice. Oddając się bez reszty krzewieniu idei głoszonych przez Marksa, Trockiego i innych im podobnych, mieli oni niewiele czasu, aby zająć się dorastającym Harmonym. Stąd być może wziął się jego brak poszanowania dla jakichkolwiek świętości, łamanie wszystkich zasad i nieufność wobec tak zwanych „autorytetów”.

Miłością do kina zaraził go ojciec, który miał za sobą epizod związany z kręceniem filmów dokumentalnych dla telewizji PBS. Czasami zabierał go do kina, pokazywał europejską i amerykańską klasykę. Wtedy Korine zakochał się m.in. w dziełach Wernera Herzoga, nie przypuszczając, że dekadę później ten niemiecki reżyser stanie się jego przyjacielem i… wielkim fanem, oraz że wystąpi w nakręconym przez niego obrazie.

Pokolenie Harmony’ego

 

Korine nie ukończył żadnej szkoły filmowej. Nie chciał i nie musiał. Po szkole średniej przeniósł się do Nowego Jorku i pewnego dnia w Washington Square Park spotkał Larry’ego Clarka. Clark nosił się już wtedy z zamiarem nakręcenia filmu o nowojorskich skate’ach, Korine powiedział, że może napisać scenariusz. Tak powstały „Dzieciaki” („Kids”), które weszły na ekrany dopiero w 1995, ale uczyniły z Harmony’ego najmłodszego scenarzystę w historii kinematografii (w momencie tworzenia scenariusza miał zaledwie osiemnaście lat!). Ten film, opowiadający o jednym dniu z życia tytułowych dzieciaków, wywodzących się z biednych dzielnic Nowego Jorku, zaczyna się w iście hitchcockowym stylu. Oto młody chłopak nakłania jeszcze młodszą dziewczynę do uprawiania z nim seksu, co w końcu mu się udaje i zostaje pokazane widzom z ogromną dozą realizmu. Im dalej, tym jeszcze mocniej: kradzieże, narkotyki, AIDS, przemoc. Dzieciaki nie znają bowiem żadnych granic. Pozostawione same sobie, bez żadnego wsparcia ze strony zawsze zajętych, zmęczonych życiem, ledwo wiążących koniec z końcem rodziców, muszą same stawić czoła brutalnej rzeczywistości miejskiej dżungli.

Obraz ten wywołał medialną burzę w Stanach, stał się impulsem do dyskusji na temat młodzieży, a dla rówieśników ukazanych tam bohaterów okazał się filmem kultowym. Obwołano go portretem straconej generacji, choć sam scenarzysta nie uważał się za głos swojego pokolenia. Jestem głosem Harmony’ego - powiedział w rozmowie z Wernerem Herzogiem.

Spaghetti w wannie

W swoim debiucie reżyserskim Korine poszedł na całość. Tematycznie film nawiązuje do „Dzieciaków”, ale dopiero dzięki młodemu twórcy zyskuje spójność treści i formy. Opowieść o miasteczku Xenia w Ohio, przez które przeszło tornado, zdaje się być spełnieniem marzeń o nowym rodzaju kina. Każda produkcja potrzebuje początku, środka i końca, ale niekoniecznie w tej kolejności. Kiedy oglądam filmy, jedyną rzeczą jaką pamiętam są bohaterowie i specyficzne sceny. Dlatego chciałem stworzyć system robienia filmów, który skupiałby się wyłącznie na tym, na tej przypadkowości - w ten sposób autor uzasadnia dobór formuły w „Gummo”. W Polsce ten film znany jest również pod tytułem „Skrawki”, i choć nazwa ta dobrze odzwierciedla charakter obrazu, który składa się z licznych epizodów (skrawków) w dość luźny sposób złożonych w całość, to jednak można ją uznać jedynie za przykład inwencji tłumacza, nie mający nic wspólnego z rzeczywistym sensem. Gummo był piątym z braci Marx - do fascynacji którymi Korine przyznaje się bardzo często - porzucił film, aby zająć się produkcją kartonowych pudełek, a dodatkowo podobno lubił zakładać damskie ciuszki.

Małe amerykańskie miasteczko jest siedliskiem niezliczonej ilości podobnych dziwaków i freaków. Odtwórcę głównej roli, Nicka Suttona, reżyser zobaczył w epizodzie filmu Sally Jesse Raphael „My Child Died From Sniffing Paint” („Mój syn zmarł od wąchania farby”). Gdy chłopak na pytanie: Gdzie będziesz za parę lat? - odpowiedział: Prawdopodobnie nie będę żył. - Korine wiedział już, że to idealna osoba do roli bezwzględnego i nihilistycznego Tumlera, którego głównym zajęciem jest polowanie wraz z młodszym Solomonem (Jacob Reynolds) na koty, sprzedawane później rzeźnikowi. Zarobione w ten sposób pieniądze obaj wydają na klej lub inne używki. Oprócz nich jest jeszcze dziewczyna z zespołem Downa, którą starszy brat, niczym rasowy alfons, wypożycza za pieniądze kolegom; chłopiec o wyraźnych skłonnościach homoseksualnych, gnębiony przez mieszkańców i zmuszony opiekować się umierającą babcią; opóźniona w rozwoju dziewczyna, która nie rozstaje się z lalką, traktowaną przez nią jak dziecko; rodzeństwo napakowanych dresów, zadających sobie ciosy przy każdej okazji i wiele innych oryginalnych indywiduów. Przerażają oni widza agresją i totalną bezkarnością, ale czego można się spodziewać po pozbawionych jakiegokolwiek nadzoru ze strony dorosłych, równie uzależnionych i bezradnych jak oni, dzieciaków?

Złamanie Ślubów Czystości

Pewnego dnia zadzwonił do Korine’a Thomas Vinterberg, drugi obok Larsa von Triera twórca manifestu Dogma 95. Zaproponował mu członkostwo w grupie. Niedługo potem powstał „Julien donkey-boy”, pierwszy amerykański film, który otrzymał certyfikat sygnowany przez członków duńskiej nowej fali. Ponownie, pracując właściwie bez scenariusza, opierając się zaledwie na kilku własnych pomysłach oraz w dużej mierze na improwizacjach aktorów i spontanicznie rodzących się wizjach poszczególnych scen, stworzył Korine zupełnie nową filmową jakość.
Dla mnie największe dzieła sztuki powstają na poziomie, na którym nie jesteś w stanie zobaczyć reżysera, ani artysty stojącego za dziełem. Kiedy oglądam filmy takie jak „Noc myśliwego” albo nawet  „Męczeństwo Joanny d’Arc” nie dostrzegam żadnych mechanizmów, nie widzę toku myślenia reżysera. Odnosi się wrażenie jakby te filmy spadły z nieba. Sam chciałem zrobić film, który odebrać można w taki sposób - zwierza się Korine w wywiadzie udzielonym swemu koledze po fachu, Gusowi Van Santowi.

Reżyser zamknął podobno aktorów w domu swojej babci Joyce Korine, która również pojawia się w filmie i obserwował ich dzień i noc przy pomocy trzydziestu kamer. Z powstałych w ten sposób prawie stu pięćdziesięciu godzin materiału wybrał najbardziej reprezentatywne sto jeden minut i zmontował w rodzinną historię pokazaną oczami młodego schizofrenika Juliena (Ewan Bremner).

Julien, najstarsze dziecko mieszkające pod jednym dachem z despotycznym ojcem (Werner Herzog), młodszym bratem Chrisem (Evan Neumann) i śliczniutką siostrą Pearl (Chloë Sevigny) oraz babcią - gospodynią domu (Joyce Korine), pomimo swojej choroby wydaje się być tak naprawdę najbardziej normalny z całej familii. Czasami zaczyna prowadzić dziwaczne dialogi pomiędzy Jezusem a Hitlerem, występując w obu rolach jednocześnie, ale poza tym jest raczej spokojnym, wrażliwym chłopcem. Jego ojciec, wyraźnie nie radzący sobie z własną chorobą psychiczną, objawiającą się chociażby namiętnym chodzeniem w masce przeciwgazowej, czy zachęcaniu Chrisa, aby założył rzeczy swojej zmarłej matki i położył się obok niego. Terroryzuje on całą rodzinę a w szczególności najmłodszego syna, którego chce uczynić najlepszym zapaśnikiem na świecie.

Mimo, że „Julien donkey-boy” został opatrzony podtytułem Dogma #6, tak naprawdę łamie kilka fundamentalnych reguł spisanych przez Triera i Vinterberga. Korine w  tekście „The Confession of Julien donkey-boy” przyznaje się do niektórych nadużyć jak np. użycie fałszywego płodu, czy kupienie niektórych potraw spożywanych przez bohaterów w sklepie, jednak nie wspomina nic o rzeczach rzucających się widzowi od razu w oczy - takich jak optyczna deformacja obrazu, czy kamera nie zawsze filmująca z ręki. Widocznie złamanie świętych Ślubów Czystości nie zdyskredytowało dzieła Korine’a w oczach Duńczyków, którzy nie wycofali swego poparcia dla filmu.

Dzieciaki 2

W 2002 roku Harmony Korine ponownie został scenarzystą Larry’ego Clarka przy filmie „Ken Park”. Ten obraz sprawia wrażenie odgrzewanego kotleta. Właściwie poza przeniesieniem akcji z Nowego Jorku do Kalifornii i może większym skupieniu się na relacjach dzieci - rodzice niewiele różni się on od „Kids’ów”. Tytułowy Ken Park to młody deskorolkowiec. Zaraz na początku filmu popełnia samobójstwo, strzelając sobie w usta w  pełnym dzieciaków skate parku. To wydarzenie staje się impulsem do opowiedzenia o kilku bohaterach z sąsiedztwa, których nałogiem również jest jazda na desce, a ich problemy z powodzeniem mogłyby stać się przyczyną do odebrania sobie życia. Trzy centralne postaci: Shawn (James Bullard), Claude (Stephen Jasso) i Peaches (Tiffany Limos) są, każde na swój sposób, osaczone przez najbliższe otoczenie. Shawn, bo angażuje się w romans z matką swojej dziewczyny, Claude, bo ma ojca psychopatę, który pragnie zrobić z niego mężczyznę nawet za cenę gwałtu na synu, Peaches, bo jej tato jest zazdrosny o każdego nowego chłopaka córki, do złudzenia przypominającą swoją zmarłą matkę. Kończąca film scena miłosnego trójkąta (dopisana przez Clarka) wydaje się być może najlepszym podsumowaniem całości. Skoro nie znajdują miłości i zrozumienia w świecie dorosłych, pozostaje im jedynie wspólny seks, który na tle całego obrazu jest jedyną normalną relacją. Film ze względu na tę i inne sceny erotyczne został zakazany w Australii.

Anty-idol

Janet Maslin z New York Timesa uznała „Gummo” za najgorszy film 1997 roku. Jednocześnie został on doceniony nagrodą FIPRESCI na festiwalu Wenecji. To chyba najlepiej pokazuje jak skrajne wrażenia mogą wywoływać dzieła Harmony’ego Korine’a. Sam zainteresowany ma to, eufemistycznie mówiąc, „gdzieś”. Nie zależy mu ani na admiracji licznych fanów, a jest się czym pochwalić skoro dostało się list fanowski od Wernera Herzoga i Bernardo Bertolucci’ego, ani specjalnie nie obchodzi go opinia krytyków. On po prostu robi swoje.

Pomiędzy kolejnymi filmami fabularnymi zdążył napisać powieść „A Crackup at a Race Riot”, opowiadającą o rasowej walce pomiędzy Murzynami dowodzonymi przez MC Hammera i Białymi, którym przewodzi Vanilla Ice. Zajmuje się też performancem - nieukończony projekt Fight Harm, gdzie Korine zaczepiał przypadkowo spotkanych ludzi i prowokował bójki. Kręci teledyski (m.in. Sunday Sonic Youth, No More Workhorse Blues Bonnie”Prince” Billy, Living Proof Cat Power). Zrobił film dokumentalny „Above the Below” (niestety niedostępny w Polsce) o iluzjoniście Davidzie Blaine, który przez czterdzieści cztery dni bez jedzenia i picia był zamknięty w plastikowym pudle zawieszonym nad Tamizą, a także, wraz z Brianem Degraw, nagrał płytę pt. SSAB Songs, o której mówi, że nie warto jej słuchać więcej niż raz. Od czasu do czasu pojawia się na ekranie w filmach innych reżyserów, ostatnio w „Last Days” Gusa Van Santa. Do historii przeszły też  jego występy w The Late Show Davida Lettermana, gdzie pojawił się trzykrotnie w 1995, 1997 i 1998 roku. Wykazał się tam niezwykłą gadatliwością, odpowiadając na większość pytań po prostu yeah albo no. Złośliwi twierdzą, że był na zbyt wielkim haju, aby wydusić z siebie coś ponadto. Od kilku lat rozstaje się z aktorką Chloë Sevigny, która wystąpiła w „Kids” (jej debiut aktorski), oraz w obu reżyserowanych przez niego filmach.

Lada dzień powinien w Stanach pojawić się jego najnowszy film „Mister Lonley”. Ma to być historia Amerykanina zagubionego w Paryżu, który zarabia na życie udając Michaela Jacksona. Podczas jednego z występów poznaje on naśladowczynię Marylin Monroe, a ona zapoznaje go z Charlesem Chaplinem, Jamesem Deanem, królową Anglii, papieżem, Madonną i innymi sobowtórami wielkich postaci ze świata popkultury. Przyznajcie sami, że zapowiada się ciekawie.

Tekst: Agata Walkosz

reklama


Newsletter

partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu