” Lalka” Wiktora Rubina to kolejny, po „Terrordrom Breslau” i „Cząstkach elementarnych”, spektakl tego reżysera, który mamy okazję oglądać na deskach Teatru Polskiego. Powieść Prusa, znajdując miejsce w kanonie lektur szkolnych, przez lata była interpretowana w mniej lub bardziej podobny sposób. Rubin próbuje wywrócić nasze myślenie o niej do góry nogami – czy z powodzeniem?
„Lalce” nie można odmówić doniosłości; stanowi panoramę społeczeństwa polskiego końca XIX w., „Polaków portret własny”; coś, czego nasza literatura współczesna jeszcze się nie doczekała. Mówi się jednak czasem, że najgorsze, co można książce zrobić, to uczynić z niej lekturę szkolną. Stąd wydawać by się mogło, że wszystko zostało już powiedziane, wiwisekcja dokonana, każdy element rozłożony na czynniki pierwsze. Rubin proponuje nam jednak nową interpretację „Lalki”. Jak sam przyznaje, zirytowany stereotypowością myślenia o niej, chce zachęcić do dyskusji nad tym, jak winna być rozumiana – „Spodziewam się skrajnych reakcji, bo nasz spektakl będzie naruszał panujący od lat sposób odczytania Lalki.” (1212 generacja tpl 3 /2008)
Już na wstępie muszę przyznać – moje odczucia względem spektaklu są ambiwalentne. Bardzo. Może to stereotypowe myślenie nie pozwalało mi zaakceptować pewnych elementów i rozwiązań tej inscenizacji. Nie zmienia to faktu, że kiedy myślę o „Lalce”, cały czas cicho, choć natrętnie, nasuwa mi się na myśl jedno słowo – kicz. Choć inteligentny.
Sztuka przedzielona jest jednym antraktem, który zdaje się oddzielać niebo od ziemi. Bo o ile drugą część spektaklu oglądałem z żywą fascynacją, o tyle pierwsza była istnym gwałtem intelektualnym. Sklep Wokulskiego, subiekci noszą towary, wchodzi Rzecki niosąc zegar. Uruchamia go i natychmiast podwładni zaczynają chodzić i działać „jak w zegarku” w rytm głośnego tykania. Bo w sklepie wszystko musi być wzorowe. Cytat z jednego z polskich poetów – i już po chwili ze sceny w dość bezpośredni sposób dowiadujemy się jakiego. Kolejny cytat – „Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie, bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.”. Tu nie zostaje nam już wyjawione, któż jest autorem tych słów, zagadkę tę widz może rozwiązać sam.
Pierwsza część spektaklu razi dosłownością, prostotą środków. W drugiej, w mojej opinii zdecydowanie lepszej, również zdarzały się elementy z pogranicza kiczu – Łęcka na białym rumaku, w tle „Szał uniesień” Podkowińskiego. Wokulski do Izabeli: „Wsadź mi palec w d***.” Czy też scena finałowa, której jednak nie wyjawię, by osobom, które na „Lalkę” pójdą, nie psuć radości ze spektrum uczuć, jakich doświadczą oglądając ją – od zażenowania, przez smutek aż po śmiech. Bo wbrew temu co napisałem, „Lalka” Rubina naprawdę nie jest złym spektaklem.
Forma kiczowata. Można dyskutować czy na pograniczu kiczu, czy granicy tej nie przekracza, czy też reżyser całkiem zbłądził. Natomiast nie pomylił się co do świetnej obsady. Dziwić może trochę fakt osadzenia w roli Izabeli (przypomnijmy: dziewczyny słodkiej, nieuświadomionej i pracą nieskalanej) Kingi Preis – kobiety wszak dojrzałej. Po przeciwnej stronie miłosnego duetu staje młodszy od niej Bartosz Porczyk grający Wokulskiego. Ta wywrotność w obsadzie to również element próby oderwania się od pewnego stereotypu w przedstawianiu książki Prusa. Porczyk daje prawdziwy popis aktorskich umiejętności (a Preis w niczym mu nie ustępuje), za co zresztą otrzymał w tym roku nagrodę na XXXIV Opolskich Konfrontacjach Teatralnych "Klasyka Polska". W czasie ukłonów reakcja widowni także była gorąca; nie sposób tu nie wspomnieć o entuzjastycznej reakcji pań, gdy wyżej wzmiankowany wyszedł ponownie na scenę. Cóż, panom pozostaje jedynie docenić i pozazdrościć.
Na Wokulskim skupia się cały spektakl, to opowieść o nim – człowieku, który jak podsumowuje to z desek sceny Izabela „Pozbył się siebie dla mnie. Zbudował imperium, a później je zniszczył.” Śledzimy jego poczynania, towarzysząc jednocześnie w podróży na szczyt i bolesnym upadku na sam dół. W porównaniu z książką, większy akcent wydaje się być położony właśnie na głównego bohatera, a nie na panoramę Polaków.
Jednak nie forma, historia czy akcenty są tu najważniejsze, a treść. Rubin zmusza do myślenia; bez względu na to, czy komuś kiczowata forma się podoba czy nie, każe zastanowić się nad tym, jacy jesteśmy jako społeczeństwo. Piętnuje solidarność, którą się chełpimy jako naród, a która okazuje się być fałszywa. Ukazuje rozwarstwienie społeczne, niezrozumienie i lekceważenie spraw zwykłych ludzi przez tzw. elity. Tak samo wszystkie nawiązania do wielkich postaci i dzieł z naszej historii, za zasłoną kiczowatości skrywają w jakiś sposób płytkość naszego współczesnego myślenia o nas - Polakach; ukazują stereotypowy obraz, jaki mamy o sobie samych. To co dzieje się na scenie to właśnie swoisty „Polaków portret własny” – wielka, pusta rama obrazowa, za którą dzieje się część akcji, choć zbyt dosłownie i nachalnie, każe nam myśleć o niej jako panoramie naszego społeczeństwa.
Dzieło Prusa jest powieścią wielowątkową i taką też pozostaje inscenizacja Rubina. Rzecki, w książce marzyciel, patrzący na wszystko przez pryzmat wojskowości i polityki, tutaj tęskni do solidarności, wierności Kościołowi, za młodzieżą wierną Polsce i walczącą o nią. Śpiewa „Deszcz, jesienny deszcz”, wspomina drugą wojnę światową, powstanie warszawskie i młodzież wszechpolską. Szlangbaum mówi o bydlęcych wagonach, o mordach na Żydach. Rubin „Lalkę” uwspółcześnił. Raczej zadaje pytania, miejsce na odpowiedź pozostawiając widzom. Nie stroni od pewnego wartościowania i opinii np. wyśmiewając i piętnując hipokryzję czy zakłamanie.
„Lalka” to teatr otwarty; miejscami meta-teatr, choćby gdy aktor sam ogłasza, że dobrze, zejdzie, nie trzeba go wypraszać. Izabela kwestuje na rzecz sierocińca (wrocławskiego dodajmy) wśród widowni. Sytuacja ciekawa, bo siedząc na widowni oglądamy siebie samych – wszak spektakl to forma naszego zbiorowego portretu.
W przypadku takiej inscenizacji nie sposób nie zadać sobie pytania: kto jest tytułową lalką? Wokulski? Izabela? Na widowni poza nami siedzą dwie lalki; tak jak my oglądają siebie same. Pojawia się pytanie, gdzie i jaka różnica tkwi między nami. A może nie ma żadnej różnicy?
Jak już napisałem, stosunek do spektaklu Rubina mam ambiwalentny. Z jednej strony obejrzałem coś, na co poczucie estetyki się burzy. Kicz i eklektyzm, przy całym bogactwie formy, jaką można zastosować w teatrze. Jeśli jednak przedrzemy się przez zasłonę tego, co odbierają ze sceny nasze zmysły, dotrzemy do treści – niejednoznacznej, inteligentnej, wielopłaszczyznowej, ciekawej, zmuszającej do myślenia. Nowe odczytanie powieści, wzmocnione uwspółcześnieniem, wzbogacono tu o nowe wątki, odnoszące do tego jacy jesteśmy teraz.
Siłą tego spektaklu jest to, że nie pozostawia obojętnym. Prawdziwą tragedią dla sztuki jest jeśli nie powoduje emocji, a przez widza opisywana jest wzruszeniem ramion, dlatego z pewnością zespołowi Rubina należy się szacunek. „Lalka” mi do gustu nie przypadła, ale nie sposób odmówić jej inteligencji, pomysłu i wykonania, a jej twórcom poczucia humoru. Bo na wypowiedziane na scenie hasło musicalu o tytule „Heidegger – Taniec zmysłów!” nie sposób zareagować inaczej niż salwą śmiechu!