Cyganeria (La Boheme) Giacomo Puccini - Evviva l'arte!"Cyganeria" Giacomo Pucciniego w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego w Operze Wrocławskiej to spektakl pokazujący patetyczną miłość, wzniosłą poezję i filozofię, zestawiając je jednocześnie z ubóstwem i nędzą bohaterów utworu. Brzmi eksperymentalnie, prezentuje się arcyciekawie!
Widzom po podniesieniu kurtyny ukazuje się mało przytulne wnętrze - ciemne poddasze z niewielką ilością sprzętów domowych. Prawdopodobnie w niewiele odmiennych warunkach żyła paryska cyganeria w latach 30. XIX wieku. Jednak, na przekór rzeczywistości, postaci na scenie są wesołe, pełne energii. Zdaje się, iż potrafią przezwyciężyć niewygody losu, stanąć ponad nimi dzięki swoim nieprzeciętnym osobowościom. Poeta, filozof, muzyk i malarz – przed oczami widza pojawia się niesamowita kompania towarzyszy, galeria typów ludzkich, którzy ze swojej niedoli materialnej uczynili atut. Nie muszą się o nic martwić, nie zabiegają o swoje oszczędności, których zwyczajnie nie posiadają. Za to nieodłącznymi partnerami życia kompanów są zabawa i żart. Za powód do rozpoczęcia wspólnej biesiady wystarczy odrobina drewna, którym można napalić w piecu oraz butelka wina podrzędnej marki.
Taki to właśnie obraz tytułowej cyganerii prezentuje widzom reżyser w akcie I. Scenografia stworzona m.in. również przez Waldemara Zawodzińskiego, jest nieco sztuczna, zbyt mocno "teatralna", jednak jednoznacznie naprowadza odbiorcę przedstawienia na realia francuskiej XIX-wiecznej bohemy. Na słowa pochwały zasługują kostiumy. Są do siebie w pewien sposób podobne, zunifikowane, szare i nijakie, sugerujące, że artystom „czasem na chleb braknie suchy” (K. Przerwa-Tetmajer). Jednak jednocześnie można zauważyć w każdym stroju drobny detal, przyjemnie odróżniający garderobę głównych postaci, podkreślający w pewien sposób ich niepowtarzalność i indywidualizm.
W pierwszym akcie ma początek wątek miłosny "Cyganerii". Schematyczne, dyktowane wymogami gatunku zakochanie Rudolfa (Iwan Kit) i Mimi (Evgenyia Kuznetsova) aktorzy wrocławskiej Opery zamienili we wspaniałą grę w duecie. Prowadzą swoje postaci konsekwentnie, dając wyraźnie wyczuć widzom istniejącą między nimi więź emocjonalną. Dwójka wyżej wspomnianych aktorów, według mojej oceny, zasługuje na największą uwagę spośród kreowanych postaci w czasie całego przedstawienia. Na długo po obejrzeniu spektaklu w pamięci powinny zostać ich arie Che gelida maniana oraz Mi chiamano Mimi.
Warto zwrócić uwagę, że w żadnym momencie nie ujrzymy postaci wykonujących swoje kwestie tyłem do publiczności, dając tym samym wrażenie grania "między sobą", a nie "dla widowni". To utarta konwencja opery, gdzie nigdy nie doświadczymy efektu czwartej ściany. Aktorzy nie starają się stworzyć iluzji świata, nie próbują udawać, że przedstawiane sceny mogą mieć swoje odniesienie w realnym świecie. W tradycję przedstawień operowych wpisana jest gra przodem do publiczności, umyślne stwarzanie fikcji, obrazu jedynie nierzeczywistego.
Słowa uznania należą się Janinie Niesobskiej za choreografię w scenie zbiorowej, szczególnie za opracowanie walca Quado me’n vo. Świetnie dopasowano z muzyką ruchy i śpiew aktorów. Cała scena jest dynamiczna, pełna energii i feerii barw. Spośród gwaru sprzedawców i mnogości towarów na jarmarku wyłania się ciekawa kreacja i charakteryzacja barwnej postaci Paprignola – w tej roli Rafał Majzner. Kunsztem aktorskim, poza Mimi i Rudolfem, wyróżniała się również Iwona Rutkowska grająca Mussetę. Jej postać to paryska podlotka, pragnąca jedynie zbytków i zabawy, która jednak w najtrudniejszych chwilach ukaże swoje dobre serce.
Oprawa muzyczna spektaklu jak zwykle stała na bardzo wysokim poziomie. Nie bez powodu dyrygent, Pani Ewa Michnik, zebrała, wraz z aktorami, gromkie brawa. Wyróżniającym się instrumentem była harfa, która momentami wysuwała się na pierwszy plan spośród reszty dźwięków, co zdaje się być raczej niezwykłe dla utworów operowych.
W ostatnim akcie postaci znów znajdują się w znajomym widzom brudnym i ciemnym poddaszu. Zabieg ten stwarza pewnego rodzaju klamrę kompozycyjną utworu, daje wrażenie pełności, skończenia utworu. Moim zdaniem „Cyganeria” w Operze Wrocławskiej to spektakl bardzo udany, z dopracowaną i staranną grą aktorską. Z pewnością widzowie poszukujący głębszych przeżyć muzycznych nie będą zawiedzeni - tak wykonaniami orchestry Opery, jak i śpiewem aktorów.
Uświadomić by sobie można, że podczas oglądania przedstawienia w oczy kole jego schematyczność i sztuczność. Jednak pamiętać trzeba, że opera ma w swojej konwencji wpisany nie-realizm, a jedynie odgrywanie scen o wspaniałych miłościach, szlachetnych bohaterach i wykwintnych damach. Być może jednak trzeba nam, stałym bywalcom dnia codziennego, odrobiny piękna nierzeczywistego, możliwego jedynie na deskach sceny?