Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowaneChoć to jeden z zaledwie pięciu dwukrotnych zdobywców Złotej Palmy, Duńczyk Bille August wśród polskich kinomanów pozostaje postacią niemal anonimową. O ile nieznajomość takich tytułów jak „ Młody Indiana Jones”, czy też „Nędznicy” ujmy nikomu nie przynosi, o tyle „Pellego zwycięzcę” i „Dobre chęci” powinien zobaczyć każdy szanujący się miłośnik X muzy. Okazja, by obejrzeć zrealizowane na podstawie scenariusza Ingmara Bergmana „Dobre chęci”, nadarzy się już we wtorek (17.11) w ramach DKF-u prowadzonego w MDK-u przy ulicy Kołłątaja.
Swoją przygodę z filmem Bille August zaczynał od fachu operatora, dość szybko przerzucając się jednak na reżyserię. Pierwsze sukcesy przyszły w roku 1983 wraz z pojawieniem się na ekranie „Zappy”, cieszącej się powodzeniem na tyle dużym, że twórca „Dobrych chęci” zdecydował się na nakręcenie jej kontynuacji. Powstała ona już w rok później, szybko stając się najbardziej kasowym filmem w historii duńskiej kinematografii, samemu Augustowi otwierając drzwi do reżyserskiej pierwszej ligi. To, że nie znalazł się tam przypadkowo udowodnił obrazem „Pelle, zwycięzca”, pokazując przy okazji cały swój reżyserski kunszt – rzeczowość, lapidarność i trafność obserwacji. Pierwsza Złota Palma oraz Oscar miały tylko przyspieszyć karierę Duńczyka. Nikt się nie spodziewał, że kolejny film będzie jej punktem kulminacyjnym.
Bille August nie zastanawiał się długo, gdy dostał propozycję z rodzaju tych „nie do odrzucenia”. Oto legenda kina, Ingmar Bergman, zaproponował Duńczykowi realizację napisanego przez siebie scenariusza „Dobrych chęci”. Bergman czuł, że nie powiedział jeszcze w kinie ostatniego słowa. Nie miał jednak zamiaru powracać za kamerę, starannie wybrał więc osobę, która mogłaby zrealizować jego skrypt. W stylu Augusta dostrzegł podobieństwa do swojego kina – surowość poszczególnych scen, czy ich niezwykłą dosadność. Bergman zaryzykował – powierzył swój najbardziej osobisty scenariusz w obce ręce. Być może uznał, że on sam nie umiałby zachować dystansu opowiadając o życiu swoich rodziców i o wydarzeniach, które musiały odcisnąć później piętno na jego dzieciństwie.
Historia na pierwszy rzut oka wydaje się być banalna. Miłość międzyklasowa, a więc i brak zgody rodzin na małżeństwo Henryka i Anny. Walka o szczęście przerwana chorobą Anny i blisko dwuletnim rozstaniem. Przypadkowe spotkanie, odkrycie tajemnic przeszłości, odżywająca miłość. Ślub, dziecko, pierwsze nieporozumienia i małżeński kryzys. Twierdzenie, że w trzygodzinnym filmie nie chodzi o fabułę, zakrawa na głupotę. Jednak nie w tym przypadku. Kiedy trzeba August wysuwa historię miłości Henryka i Anny na pierwszy plan. W znacznej mierze okazuje się ona tylko katalizatorem festiwalu gestów, napięć, napadów gniewu. Twórca „Pellego zwycięzcy” małżeński kryzys ukazuje nam w najdrobniejszych szczegółach. Od wielkiej miłości, przez błahe kłótnie, niekontrolowane wybuchy, na obustronnej nienawiści kończąc. Ostatnia scena, w której Henryk i Anna siedzą na krańcach dwóch ławek, tak bardzo od siebie oddaleni, jest tu symboliczna. Pastor podejmuje próbę ratowania małżeństwa. W odpowiedzi słyszy od Anny, miłości swojego życia, będącej w ciąży z małym Ingmarem, jedynie suche „czego chcesz?”.
„Dobre chęci” powtórzyły sukces „Pellego zwycięzcy”, zdobywając Złotą Palmę. Świat zachwycał się Bille Augustem, szybko zainteresowało się nim Hollywood. O ile pierwszy amerykański film Duńczyka – „Dom dusz”, został nieźle przyjęty przez krytykę, o tyle kolejne projekty kończyły się spektakularnymi porażkami, zarówno artystycznymi, jak i kasowymi, by wymienić wspomnianych już „Nędzników”. W siedem lat po sukcesie „Dobrych chęci” zajmował się pracą nad filmem o przygodach młodego Indiany Jonesa, który nawet nie pojawił się w kinach, trafiając od razu na VHS. Posypał głowę popiołem, decydując się na powrót do kraju, gdzie zrealizował udaną adaptację książki Ulli Isaksson "Sang för Martin", jednak kolejny raz upomniało się o niego Hollywood, a on ponownie dał się skusić. Kręcąc filmy raz lepsze raz gorsze, żyje w zawieszeniu miedzy Europą, a Stanami. Obawy, że w podobnym zawieszeniu znajduje się jego talent, wydają się więc być w pełni uzasadnione, choć dobrych chęci z pewnością mu nie brakuje.