Dwunastu i wielu więcejPo premierze na scenie Teatru Rozmaitości w Warszawie „12 gniewnych ludzi” Redbada Klijnstry trafiło do Wrocławia. Spektakl dyplomowy studentów czwartego roku Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej cechuje moc słowa przy oszczędności scenografii. Jednak to właśnie słowo jest istotą sztuki – staje się orężem, nośnikiem etykiet. Kształtuje i nagina rzeczywistość by wreszcie ugniatać ją jak ciasto i formować podług woli mówcy, dowodząc ostatecznie swej niekwestionowanej potęgi.
Tytułowi gniewni to grupa ławników, mających za zadanie ustalić wyrok w sprawie o morderstwo. Oskarżonym jest młody chłopak ze slumsów. Ofiarą – jego ojciec. Prawdziwym bohaterem sztuki jest jednak owa dwunastka. Zebrani po procesie, na którym prokurator zmiótł obronę , zaopatrzeni w bilety na mecz lub turystyczne walizki, przy czym i realną, wydawałoby się wizję szybkiego wydania wyroku, doznają nie lada zawodu, gdy za wysłaniem osiemnastolatka na śmierć nie uniosło się 12 rąk, a jedna mniej.
Nieprzekonany ławnik nie oręduje bynajmniej za niewinnością oskarżonego – on jedynie pyta, docieka istoty sprawy. Swym uporczywie powtarzanym, wciąż niezmiennym „nie wiem” odpiera ataki pozostałych przysięgłych. Bo czyż można być czego pewnym, gdy każdy fakt da się ostatecznie podważyć? Bohater Marcina Ramsa, odwrotnie niż pamiętny ławnik 5. Fondy z filmu Lumeta, daleki jest od stanowienia sobą symbolu onieśmielającego powagą nonkonformisty. Ironiczny uśmiech, nieustannie goszczący na jego twarzy, przesadna gestykulacja i krzykliwość, każą upatrywać motywów przeciwnej innym decyzji w czystej przekorze. Zdaje się on pysznie bawić, rzucając co chwila strzępy krytycznych myśli i nadając nowy tor prowadzonym rozmowom. Tak skrajnie odwrotna od ustalonej przez filmowy obraz wizja postaci może z początku budzić opór, domagać się oznaczenia etykietą błazenady. Rams jednak prowadzi swą postać konsekwentnie, doskonale wpisując się w ogólny obraz braku powagi i występującej u zebranych tendencji do odejścia od sprawy chłopca w kierunku indywidualnych rozterek i zapiekłych uprzedzeń.
Postawieni przed zadaniem ostatecznie niełatwym, ławnicy sprawiają wrażenie dzieciaków zamkniętych w klasie – pokładają się po podłodze, kiwają w rytm muzyki puszczanej z telefonu komórkowego, na przemian z okresowym poddawaniem się burzliwej fascynacji procesem roztrząsania kolejnych nieścisłości. Tablica – ustawione roztropnie narzędzie pomocy, mające służyć wizualizacji faktów dotyczących sprawy - przeistacza się sukcesywnie w płaszczyznę radosnej twórczości plastycznej, stając się tym samym polem uzewnętrzniania narastającej z każdą minutą frustracji. A upływ czasu jest tu widoczny niezwykle wyraźnie. Obserwujemy więc kobiety i mężczyzn ogarniętych marazmem, snujących się ospale, ocierających o ściany, spowolnionymi ruchami pozbywających nadmiarów odzieży, uciążliwej w rosnącym upale, wypełniającym duszną salkę, w której zostali zamknięci. Znamienne, że ów umowny stan izolacji, typowy dla sytuacji przysięgłych ustalających werdykt, nieustannie jest zaburzany. Dowód zbrodni, lustrowany ponownie przez wszystkich, przekazany zostaje widzom w pierwszym rzędzie. Jeden z mężczyzn nie posiadający długopisu, z chwilą ogłoszenia rozpoczęcia tajnego głosowania rozpaczliwie usiłuje pożyczyć narzędzie do pisania, przeciskając się między rzędami widowni. Tym samym stajemy się bohaterami – kolejnymi ławnikami, których trzeba będzie przekonać o winie lub niewinności oskarżonego. Zakrzyczeć, wciągnąć w wir lustracji faktów, omieść dymem z palonego nerwowo papierosa. Dlaczego jednak reżyser decyduje się na owo naruszenie stanu izolacji bohaterów? Czyżby przezornie zapobiegał próbom odcięcia się od wydania ostatecznego osądu? Gdy zebrani sami z wolna pogrążają się w podszytej zwątpieniem i zmęczeniem rezygnacji, przychodzi nam stanąć przed koniecznością samodzielnego doszukiwania się konkretów pośród szumu i narastającego krzyku.
W kolażu wypowiedzi natrafimy na swoisty panegiryk ku czci demokracji, gdy jeden z mężczyzn wyrażać będzie pod jej adresem swą wdzięczność za równość głosów wszystkich zebranych, czyniąc ich tym samym partnerami w toczącym się dyskursie. O podobną równość trudno jednak w zespole aktorskim. Scena, z początku wprost upstrzona ludźmi – żywą a dość jednolitą masą, wkrótce stanie się polem dla wykrystalizowania się jednostkowych bohaterów. Przy intensywnej psychologizacji kilku z nich, reszta pozostanie jednak ruchliwie barwnym tłumkiem. Na tle występujących wybija się bezsprzecznie Aleksandra Dytko, wcielająca w rolę przysięgłej pochodzącej z okolicy podobnej rodzinnym stronom oskarżonego chłopca. Jej postać rodzi się powoli, rozrasta sumiennie aż do chwili doskonałej sceny prezentacji techniki manipulowania nożem sprężynowym, kiedy to marginalna i intrygująco spięta kobieta przenosi się na kilkadziesiąt sekund na cuchnące ulice slumsów, a twarz jej wykrzywia grymas tryumfu nad pobitym przeciwnikiem.
Co ciekawe, historia znana jako dramat sądowy okazuje się być jednak niezgorszą komedią. Duży wpływ na taki stan rzeczy mają z pewnością silnie zarysowane, wywołujące niesłabnący śmiech widowni kreacje Macieja Mikulskiego (obawy o przeszarżowanie roli sądzę, należy rozwiać) oraz - Michała Dudzińskiego. Można mieć pewne pretensje do twórców sztuki o miejscami zbyt nachalne uwspółcześnianie jej widzowi. Żarty sytuacyjne z udziałem monstrualnej walizki jednego z przybyłych jeszcze śmieszą, jednak nieustanne odniesienia do rzeczywistości znanej widzowi choćby z telewizji – już nie zawsze. Skwitowanie zebranych w półokręgu a domagających się dyskusji przysięgłych sformułowaniem: „Rozmowy w toku”, okraszone chichotem a’la Doda w wykonaniu ławnika nr 12 (Barbara Pigoń) niekoniecznie zachwyca. Dość dodać, że irytujący infantylizm tej postaci staje się miejscami nieznośny.
„12 gniewnych ludzi” Redbada Klijnstry z premedytacją pozbawione zostało jakże istotnego w pamiętnym filmie Lumeta wątku styranego, zawiedzionego rodzicielstwa jednego z bohaterów. Aktorzy nie starali się jednak sztucznie postarzyć, a wręcz przeciwnie - ze swej młodości spróbowali uczynić atut spektaklu. Tym samym cała historia zdaje się nabierać nowego sensu – jeśli bowiem zaciekły przysięgły przybiera postać dwudziestokilkuletniego mężczyzny, jakże dalekiego od utarczek z dorastającym synem i zawodów związanych z jego osobą, kwestia zakończenia sztuki niesie ze sobą obiecującą niejednoznaczność.