Gdybaki na supermańskie przekładańce S.Barańczaka na odcinku bydła kolorowegoGdyby mroki historii miały choćby w teorii poczucia humoru za krzty,
znany skądinąd Stańczyk w nazwisku miałby „a” zamiast „y”.
Wtenczas przy plebiscycie „Kto na dowcipu szczycie?”
podniósłbym zaśpiew nie lichy (i na pewno nie liszki) :
„Wcale nie żaden Stańczak, Stanisław Barańczak
tym na wieki się wsławił, że tak Naród rozbawił,
aż w Narodzie skręciły się kiszki”!
„Fioletowej krowy” chciałbym tu poruszyć kwestię
- antologii co jak piach wsypała się w moje tryby
wolnego czasu. W kontredansie ambarasu te wierszydła-bestie
szczerzą macierze, lecz nim o nich, najpierw – co by gdyby:
Gdybym zamiast amnezji miał ataki finezji, jak finezyjne są wiersze w tej księdze
Niczym garnek radosnych ziemniaków bez kpiny wykipiałbym
na ich cześć wieczną i chwałę poprzeczną. I naprędce
świetny rymnąłbym pochwalny tu rym.
Świetność ta zasługą jest autorów,
ale na równi zasługą tłumacza
co z sensu czasem zbacza , a treści wypacza,
by nie zmniejszyć o cal absurdu humorów.
Mówiąc jednym słowem
do tego kolokwialnie:
te translacje to wiersze wręcz nowe,
bo śmiertelnie prześmiesznie,
a nie prze-literalne
tłumacz zrobił je z głową i stojąc na głowie.
Gdybym „Fioletową krowę” chciał kup-
ować, to kupił bym może i pięć, albo osi-
em. Po jednej dla ciotki, kuzyna, osła lub kota,
resztę dla głów Państw Osi.
Trzysta trzydzieści trzy mów
aż się prosi, by czytał je ktoś, albo ktosi.
Sfora różnorymów siedząca w tej krowie
wyszczerz spowoduje nawet u zombity.
Wiersze dłuższe, średnie, bonmotowe pchełki
Wszystkie warte siebie, każdy znamienity.
Więc się ogarnij
i jak zwierz
bierz
do księgarni
i wierz
mi, lepiej
zrób to
bo kupno
tej książki to
dobro,
a niekupno to zło.
I nie ważne czy na znaczku masz Oslo, czy Krosno
Powtarzam raz jeszcze wiadomość radosną:
Jesieną czy latem, czy zimą, czy wiosną
Czy jabłka przejrzeją, czy krowy przerosną
Niech wzrasta w was absurdu zalążek
Bo to społeczny obowiązek
Na książkę tą wysupłać pieniążek.