G punkt | Sięgamy głębiej

Literatura

Kryminalni w "Literatce"

Autor: Katarzyna Frukacz, dodano: 02-12-2009, 23:44

RELACJA: Kameralna atmosfera, przyciemnione światło i wysokie, sięgające sufitu regały z książkami – to całkiem przyjemna sceneria dla kolektywnego zgłębiania tajników powieści kryminalnych. Okazją ku temu był cykl wykładów, które w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału Wrocław 2009 odbyły się w „Literatce”. Zaproszonych gości – autorów, jurorów, krytyków – zobaczyć i posłuchać mógł każdy. Pod warunkiem, że zawczasu znalazł miejsce.

 

1- ego grudnia, wieczorową porą, „wystąpił” przed zgromadzonymi w „Literatce” słuchaczami Marcin Wroński. Autor kryminałów o komisarzu Maciejewskim poprowadził wykład na temat roli redaktora w procesie przygotowywania książki do druku. W 45-minutowej prelekcji omówił pokrótce poszczególne etapy współpracy pisarza z wydawnictwem i szczęśliwie uniknął (jakichkolwiek) pytań ze strony słuchaczy.


Wspomniani słuchacze dowiedzieli się natomiast, że dobry redaktor jest dla pisarza: a) skarbem, b) partnerem, c) lekarzem tekstu. Nie jest natomiast od tego, by chwalić. Największa pochwała to brak uwag ze strony redaktora  – przekonywał Wroński początkujących twórców. Podczas wykładu autor mnożył anegdotki i metafory, nad którymi przemyśliwał podczas jazdy pociągiem (a co konfidencjonalnie wyjawił słuchaczom). Pojawiły się zatem „Gwiezdne Wojny” – w odniesieniu do jasnej i ciemnej strony mocy, cechującej każdego pisarza. Wypłynęły mityczne stwory morskie, Charybda i Scylla, symbolizujące odpowiednio: wybujałe pisarskie ego i realia panujące na rynku wydawniczym. Nie zabrakło i socjalistycznych akcentów: zgromadzeni pojęli istotę stachanowskiego systemu pracy w wydawnictwach („Skreślam-więc jestem, nie skreślam-nie dostanę pieniędzy”). Również dla literatów-kierowców znalazła się porada: W kontaktach z redaktorami zalecam zasadę ograniczonego zaufania – radził Wroński.


Wykład rozpoczął się spokojnie i spokojnie przebiegał, mimo usilnych (i w gruncie rzeczy: pociesznych) zabiegów dramatyzująco-pobudzających ze strony zacnego prelegenta. Autor pożegnał się adekwatnie do ogólnego klimatu, tj. z dystansem: Zdarzają się wybuchowi redaktorzy. Mnie dzisiaj wybuchowym się być nie udało.
Może się uda za rok.


Jako kolejny przemówił autor książek sensacyjno-szpiegowskich i juror Nagrody Wielkiego Kalibru, Irek Grin. Na pewno nie przedłużę tego wykładu, bo 45 min. to maksymalny czas, jaki jestem w stanie wytrzymać bez papierosów – zaznaczył na wstępie, zapobiegawczo. Jak zaczął, tak skończył, przyznając z rozbrajającą szczerością, że wykład de facto miał być o czym innym. Bo pierwotny temat prelekcji („Kryminał, sensacja, thriller – podstawowe różnice”) w miarę rozwoju sytuacji niebezpiecznie ewoluował, oddalając się stopniowo od stricte gatunkowych zagadnień w stronę psychologiczno-socjopatycznych dywagacji ze statystyką w tle.


Autor zrezygnował ze słownikowego rozróżnienia kryminału, sensacji i thrillera na rzecz, jak sam przyznał, „wersji autorskiej”. Wyszedł mianowicie od psychologicznego rozróżnienia strachu i lęku, podkreślając znaczenie trwogi w procesie budowania napięcia u czytelnika powieści kryminalnych: Jeśli autor nie porusza waszej trwogi, to nie jest dobrym pisarzem – podkreślił i wywołał burzliwą dyskusję ze zgromadzonymi. Po części nie na temat. Bo obok rozważań dotyczących czytelniczego lęku, fikcyjności (tudzież nie) strachu i estetyzacji zbrodni w literaturze, pojawił się wątek terrorystycznych zamachów z 11-ego września i motywacji fanatyków z Bliskiego Wschodu. Nie zabrakło danych statystycznych: w toku dyskusji ustalono, że 90% zbrodni w Polsce określa się mianem „kuchennych”. – Jednak pozostałe 10 % zaczyna nas dotyczyć w coraz większym stopniu – podkreślił autor, broniąc sformułowanej przez siebie tezy, że strach przestaje być fikcją i dlatego należy go rzetelnie opisywać.


Mimo drastycznej zmiany kierunku i przedmiotu dyskusji, wykład się „wybronił”. Szkoda tylko, że to raczej zasługa charyzmy Irka Grina i przegadanej elokwencji co poniektórych słuchaczy, a nie samego tematu prelekcji. Początkującym pisarzom autor radził odwołanie się do utajonych lęków odbiorcy. Sam pozostał czujny aż do końca wykładu. Przy wręczaniu kwiatów zażartował:  Kobieta mi daje kwiaty! Za ile to wybuchnie?
(Niestety?) nie wybuchło nic.


Za to dzień później, 2-ego grudnia, w tym samym miejscu i przed (z grubsza) tą samą publicznością detonował pokłady własnej osobowości Marek Krajewski. I to niemal dosłownie. Wykład pod szczytnym tytułem „Osobiste wprowadzenie do pisania powieści kryminalnych” zamienił w prywatny wieczór autorski, a przemawiał z werwą godną speca od marketingu.


Jak odnieść sukces – takim hasłem zapowiedział zaproszonego gościa prowadzący. A gość, autor poczytnych kryminałów i laureat Paszportów „Polityki”, powyższy slogan odczytał bardzo dosłownie. W ciągu 45 przysługujących mu „urzędowo” minut Krajewski zdążył kilkakrotnie powiadomić zgromadzonych o nadchodzącej premierze swojej najnowszej książki. Ze szczególnym naciskiem na tytuł i miesiąc wydania. Ponadto zaznajomił słuchaczy z własnym rocznym grafikiem zajęć (wrzesień-grudzień – spotkania z czytelnikami, styczeń-lipiec – codzienne pisanie w godz. 10-15, sierpień wakacje) i wyznał, że ma fobię na punkcie szerszeni (co zresztą wykorzystał w jednym ze swoich kryminałów). Przy okazji skrytykował Dostojewskiego za przydługie, jego zdaniem, dialogi i zaliczył do swoich „motywów obowiązkowych” opisy kulinariów. Kwestie warsztatowe omówił natomiast na przykładzie konkretnych fragmentów własnych powieści, przyznając, że często dopada go choroba pisarzy zwana „deficytem pomysłów”.  Nie chcę wstępować na parnas literacki, zadowala mnie moja literatura kategorii B. Nie mierzę się z wielkością pisarską – przekonywał i podkreślał, że do swoich kryminałów podchodzi bardzo krytycznie. Marek Krajewski zakończył wykład zapewnieniem, że czytelnicy są dla niego najważniejsi. – Lego, ergo sum: jestem czytany, więc istnieję jako pisarz  – podsumował.
Meritum wykładu: " m ó j bohater”, " m o j a powieść”, " m o j a literatura”.


Tego wieczoru odbył się także wykład Marty Mizuro na temat roli szczegółu w powieści kryminalnej. Spokojniejszy i mniej hałaśliwy, za to bardziej analityczny. Słuchacze poznali charakterystykę współczesnej konwencji kryminału retro i obowiązujące w nim schematy fabularne. Marta Mizuro, która na co dzień zajmuje się krytyką literacką, oparła swoją wypowiedź na konkretnych fragmentach ze współczesnych powieści kryminalnych.  Na ich przykładzie pokazała, jak pozornie nieistotny detal, potknięcie lub niedopatrzenie autora może zaburzyć czytelnikowi ogólny odbiór książki. – Przykłady, które wybrałam, są efektem mojego maniakalnego czytania – przyznała na zakończenie.
Ogólny wykładów wydźwięk: kryminały sterują trwogą (!) narodu.  Ogólny po wykładach nastrój (mój): pozytywny z tendencją do (za)wahań.


Czyli generalnie warto od czasu do czasu odwiedzić „Literatkę”.

 

reklama

Utwór Tygodnia

Fever Ray - Mercy Street


Newsletter

partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu