LEKKĄ RĘKĄ: Uśmiech sado-masoFELIETON: „Nie mam pojęcia co robię, lecz niekompetencja nigdy nie powstrzymała mnie od zaangażowania się z entuzjazmem”. Nie ukrywam, że pierwsze zdanie dziewiczego felietonu dla G-punktu szepnął mi do ucha Woody Allen. Niestety, nowojorski hipochondryk ulotnił się z budki suflera niepostrzeżenie jak Humphrey Bogart w „Zagraj to jeszcze raz, Sam”. Zanim jednak zacząłem gorączkowo przeczesywać zakamarki umysłu w poszukiwaniu Tematu, pomysł na dalszy ciąg tekstu dopadł mnie w mroku kinowej sali podczas seansu „Czterystu batów”.
Ryzykując oskarżenia o egzaltację przyznam się bez bicia, że Nowa Fala pochłonęła mnie bez reszty dobrych parę lat temu, a niejaki Francois T. znajduje się na mojej krótkiej liście, niczym Monika Olejnik u prezydenta. Kolejne zetknięcie z ulubionym klasykiem niespodziewanie zadziałało jak zimny prysznic. Tuż po rozpoczęciu pokazu duszna sala przeżywająca czasy świetności w tym samym okresie co polscy piłkarze gromiący rywali na mundialu w RFN, zamieniła się w swoisty darkroom. Cena kinowego biletu uprawniała do osiągnięcia zbiorowej satysfakcji, a jej wyraz – zamiast jęków rozkoszy - stanowiły spazmy opętańczego śmiechu. W tej sytuacji, niewiele myśląc, dopiłem kawę z plastikowego kubka, przetarłem oczy i ponownie zerknąłem na ekran. Odetchnąłem z ulgą, bo wszystko było jak dawniej, a Jean-Pierre Leaud w wyniku nieoczekiwanej zamiany miejsc nie ustąpił miejsca Louisowi de Funes. To po prostu widzowie DKF- u postanowili interpretować sceny z życia zbuntowanego bohatera według mocno dyskusyjnego klucza („Uczniowie wymykający się nauczycielowi podczas lekcji wf – nieśmiały chichot. Chłopiec dostrzegający matkę w objęciach innego mężczyzny – nieco mniej dyskretny śmiech. Antoine wydostający się przez dziurę w płocie z ośrodka poprawczego – solidny rechot”) . Ciąg sekwencji wspartych tą kakofoniczną ścieżką dźwiękową rozbudził poczucie deja vu. Seans filmu Truffauta przypomniał mi wrocławskie pokazy horrorów Dario Argento, podczas których szampański nastrój widowni wyznaczał nowe horyzonty zachowania w trakcie festiwalowej projekcji. W tym momencie wypada przestać się krygować, bo i ja tam z nimi byłem. Choć miodu ani wina nie piłem reagowałem przecież podobnie jak podchmieleni filmoznawcy leczący intelektualnego kaca wywołanego całodziennym uczestnictwem w imprezie Romana Gutka. W tym wypadku śmiech na sali stał się elementem terapii dopasowanej do intensywnie flirtującej z kiczem konwencji włoskiego giallo. Co innego w konfrontacji z bezkompromisową diagnozą chorej rzeczywistości zawartą w „Białej wstążce” Michaela Hanekego. Wstrząsającą scenę seansu nienawiści urządzanego przez pruskiego doktora wobec własnej kochanki nowohoryzontowa publika odruchowo skwitowała nerwowym chichotem. Dzięki poczuciu humoru udało nam się oswoić ogrom ekranowego okrucieństwa, ale to pyrrusowe oznacza w rzeczywistości ucieczkę z pola bitwy. Podobna postawa ilustruje taktykę współczesnej widowni, skupiającą całą aktywność na tropieniu źródeł filmowego komizmu.
Choć winą za taki, a nie inny odbiór „Czterystu batów” czy „Białej wstążki” łatwo obarczać publiczność, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to twórcy twórcom zgotowali ten los. Trop w sprawie nieumyślnego zabójstwa ambicji widza prowadzi wprost do Quentina Tarantino. Reżyser „Pulp Fiction” każący Travolcie wystrzelić do zakładnika, „bo samochód podskoczył na wyboju” rozśmieszał nas do rozpuku, lecz sam nieświadomie wdepnął na minę. W imię buntowniczej skłonności do wywracania ustalonego porządku do góry nogami, zamiast trzymać odbiorcę za rękę, wolał po kumpelsku puszczać do niego oko. Nim reżyser zdążył powiedzieć „placek z jagodami” liczni epigoni sprawili jednak, że wyjątek zamienił się w regułę, a wolność w niewolę pluralizmu.
Postmodernistyczne prawo dżungli opierające się na zasadzie – „wszystkie chwyty dozwolone” najczęściej szkodzi publiczności skazanej na wędrowanie po omacku. Często pod prąd reżyserskiej idei, jak w przypadku „Urodzonych morderców” Olivera Stone’a – drapieżnego pamfletu na zafascynowane przemocą społeczeństwo, a zarazem jednego z ulubionych filmów sprawców masakry w Columbine. Tarantinowska rewolucja w końcu pożera i własne dziecko. Z seansu „Pulp Fiction” każdy zapamięta smakowite dialogi o kanapkach z McDonald’s, lecz mało kto zastanowi się, dlaczego twórca stylizuje Umę Thurman na Godardowską Annę Karinę. W epoce nieodłącznych etykietek doczepiono Tarantino lekceważącą łatkę utalentowanego błazna, a to każe odczytywać jego filmy wyłącznie przez pryzmat „lektury naiwnej”(o tym, że może być inaczej przekonuje choćby przenikliwe odczytanie „Pulp Fiction” proponowane przez Arkadiusza Lewickiego w „Sztucznych światach”). Wspaniałomyślna zgoda na wolność , równość i braterstwo wszelkich interpretacji oznacza w praktyce milczące przyzwolenie na kastrowanie sensów dzieła. Pół wieku temu Truffaut starał się, aby „Czterysta batów” wywoływało ból uśmierzany za pomocą liryzmu i szczypty humoru. Cierpienie Antoine’a Doinela nie jest dziś sexy, więc ostało się wyłącznie to ostatnie.
Gdy kolejne klasyki oglądamy od wielkiego święta, często przeradza się ono w stypę, ale może paradoksalnie potrzeba nam właśnie wyciągnięcia ręki w stronę filmowego kanonu? Istnieje szansa, że doświadczenie zdobyte w kontaktach z kinem wyzbytym nadbagażu sensów i formalnych ozdobników zaprocentuje także w konfrontacji z postmodernistycznymi hybrydami. By się o tym przekonać należałoby wyprowadzić filmy z pokrytych kurzem studyjnych sal i otworzyć przed nimi drzwi szkół, multimedialnych bibliotek czy nawet multipleksów(chapeau bas dla jednej z sieci za inicjatywę pod tytułem „Kino RP”!). Może wtedy łatwiej będzie – posługując się językiem Andrzeja Barta z ostatniego wywiadu dla „Gazety Wyborczej”– odróżnić inteligentny śmiech od stadnego rechotu? Póki co, lata lecą, epoki się zmieniają, a Gogolowska odpowiedź na pytanie „z czego się śmiejecie?” pozostaje porażająco aktualna.
PIOTR CZERKAWSKI - urodzony we Wrocławiu(rocznik 89’), zamieszkały na przedmieściach. Publikuje w „Machinie”, „Stopklatce” i „Gpunkcie”, wcześniej związany z „Esensją”. Współpracuje z Multikinem jako prelegent „Akademii Filmowej”. W wolnych chwilach studiuje prawo na UWr.