G punkt | Sięgamy głębiej

Sztuka

Malarstwo (i nie tylko) w natarciu/ w odwrocie

Autor: Aleksandra Buba, dodano: 18-10-2009, 15:32

Wystawa prezentująca prace nominowanych w 9. Konkursie E. Gepperta twórców jak zwykle wzbudziła w środowisku artystycznym dużo emocji. Przede wszystkim zaś pokazała, jaki jest obecny stan polskiego malarstwa.

 

Dawno nie było w galerii BWA tak udanego wydarzenia, jak  wernisaż otwierający pokonkursową wystawę 9. edycji Konkursu Gepperta pod hasłem Malarstwo. Bez ram. Impreza przyciągnęła do galerii nie tylko liczne grono widzów, ale także ekipę telewizyjną, która, oprócz dokumentacji całego przedsięwzięcia, zadawała publiczności niewygodne i podbramkowe pytania o to, czy po obejrzeniu wystawy można stwierdzić, że malarstwo jeszcze żyje. Chociaż owo zapytanie może brzmieć absurdalnie, staje się zrozumiałe w kontekście całej ekspozycji bowiem, jeśli po konkursie poświęconym prezentacji młodego polskiego malarstwa spodziewamy się prac, których głównym tworzywem jest farba i płótno, możemy przeżyć zaskoczenie. W tegorocznej edycji  nie tylko zrezygnowano z ograniczenia do trzech prac na rzecz artystycznej wypowiedzi, dzięki czemu artyści mogli pokazać nam o wiele więcej, ale także dopuszczono do rywalizacji formy wyrazu takie, jak: fotografia, wideo, instalacja oraz rzeźba, które z tradycyjnie pojmowanym malarstwem nie mają aż tak wiele wspólnego.

 


Relację z wystawy wypada zacząć od zwrócenia uwagi na świetną pracę kuratorską, jaką wykonali Wojciech Pukocz, Patrycja Sikora, Michał Sikorski oraz Piotr Stasiowski. Przestrzeń galerii została zaaranżowana nie tylko w sposób komfortowy dla widza, sprzyjający kontemplacji, ale także z ogromną korzyścią dla prezentowanych prac. Nie giną one w natłoku, nie ulegają zmieszaniu i zgodnie z założeniem, iż mają stanowić spójną artystyczną wypowiedź, rozmieszczono je tak, aby każda  tworzyła własną przestrzeń, co świetnie widać na przykładzie instalacji Nie swoje ciało Anny Wybierały oraz w Szafce czerwonego pająka laureatki  Justyny Szteli. Ponadto wystawie towarzyszy równie dobrze wydany katalog, który, dzięki uprzejmości organizatorów, jest dostępny na stronie internetowej. Konkurs im. E. Gepperta zasłużenie cieszy się opinią wydarzenia, prezentującego najciekawszych debiutantów i zapewniam, że wystawę zobaczyć warto, nie tylko po to, aby zapoznać się z artystami, o których będzie głośno, ale także dlatego, aby przyjrzeć się kondycji i nurtom nowego pokolenia twórców.


Już samo wejście do galerii BWA Awangarda zostało w niekonwencjonalny sposób zaaranżowane przez Grupę „Krecha”. Szyby galerii zostały pomalowane czarną farbą, kolumny oklejone gazetą własnej produkcji, natomiast podłoga i ściany wyklejone czarną taśmą we wzory i napisy, które w pewien sposób przypominają grę w klasy. Cała aranżacja przypomina bazgroły, których pełno na każdej mijanej ścianie w przeciętnym mieście, ale te stworzone przez "Krechę" cechują się specyficznym poczuciem humoru. Najbardziej urzekające było hasło „Free Press, Free Willy, Free Roman”.
Dokonania "Krechy", łącznie z autorską gazetą, nie tylko otwierają wystawę pokonkursową, ale wskazują na eklektyczną „bezrymowość”, cechującą znaczną część prac, w tym aż trzy spośród nagrodzonych. Podążając w wyznaczonym przez grupę kierunku zwiedzania, dotrzemy do zwycięskiej pracy Sławomira Czajkowskiego, jak najbardziej zasłużenie docenionej nagrodą za malarstwo bez ram. Streetart ,który uprawia, doprawdy trudno zamknąć w jakiekolwiek ramy. Jego praca All the drugs in this world won't save us from ourselves, zaprojektowana na wzór ołtarza, łączy w sobie malarstwo, rzeźbę i kolaż, a co więcej - artysta na własne potrzeby adaptuje istniejącą już przestrzeń galerii.

 

Spośród pozostałych uczestników konkursu na wyróżnienie za bezramowość z pewnością zasługuje także Przystanek Pauliny Kary, który zachwyca doskonałością wykonania do tego stopnia, że nawet tag napisany sprayem jest autentyczny. W Przystanku każdy szczegół jest ważny - zarówno dwie latarnie i nie pierwszej świeżości mur z wymownym billboardem, jak i pijak leżący za nim  oraz dzieci bawiące się na chodnikowej kostce. Jej praca skupia niczym w pryzmacie to, co trudno w społeczeństwie lubić, a zarazem to, co znieczuleni przyzwyczajeniem mijamy każdego dnia. W ten sposób doskonały Przystanek ujmuje daleką od doskonałości prawdę. Wśród prac, które wymykają się wszelkim ramom zwraca uwagę także wielki puzzel Michała Stachyry. To właściwie bardziej artystyczna zagadka niż gra, gdyż puzzel to nie tylko odłupany fragment ściany, ale także fresk, który doprawdy trudno dostrzec. Jak informuje nas sam autor „można się tylko domyślać co on przedstawia” - i słusznie, wszak w sztuce ważny jest koncept, a ten ewidentnie skłania do zastanowienia.


Twórczej wyobraźni niewątpliwie nie brakuje Justynie Szteli, która z prasowej notki, sprawiającej, szczerze mówiąc , wrażenie spreparowanej na użytek dzieła, stworzyła Szafkę czerwonego pająka. Szafka perwersyjnego mordercy, który wyszukiwał swe ofiary w Klubie Miłośników Sztuki, została wypełniona zmysłowymi malunkami, z których na podłogę rozlewa się plama czerwieni; obsesja na punkcie kobiecości i rozrzucone narzędzia zbrodni, po rękojeść uwalane czerwoną farbą. Ale Szafka... to nie tylko seks, krew i śmierć, to także narracja, która zestawia realistyczną zbrodnię z poetycką sztuką, którą jury,uzasadniając wyróżnienie autorki, nazwało imaginacyjną archeologią. Mojej opinii wymyka się jedynie praca Szymona Kobylarza, która otrzymała nagrodę Dyrektora BWA Wrocław, dlatego pozostawiam ją Państwu.
 

Mimo iż nie sądzę, aby elektryczność wypierała tradycyjnie tworzone dzieła z dzisiejszego pejzażu sztuki, video - instalacje jako przekazy malarskości niestety do mnie nie trafiają, bowiem przynależą do zupełnie innej kategorii komunikacji z odbiorcą. Bynajmniej nie twierdzę, że sztuce video można odmówić malarskości, jednak jest to forma wyrazu, którą cechuje nie tylko inny proces twórczy, ale także zupełnie inna jakość. Trudno obecnie trafić na wystawę, na której nie byłoby video-instalacji, tudzież choćby jednego ekranu, z którego przemawia do nas sztuka, dlatego, być może konserwatywnie, byłabym za rozdzieleniem obydwu kategorii. I choć dopuszczenie prac łączących różne konwencje jest wyrazem otwartości organizatorów konkursu wobec pluralizmu sztuki współczesnej, kunszt nowych mediów dorobił się już własnych wydarzeń, jak chociażby mające miejsce we Wrocławiu Biennale WRO.

Piotrowi Wysockiemu, który za instalację video Zbliżenie otrzymał Nagrodę Prezydenta Miasta Wrocławia z pewnością nie można odmówić wrażliwości, jednak uważam, że jego praca nie mieści się w kategoriach malarskości. Do tradycji malarskiej wyraźniej nawiązuje Kordian Lewandowski, którego video instalacja o znamiennym tytule Digital_skype_painting_czyli_symulakralizacja_procedur_malarskich_w_dobie_ przesilenia_ czynnikow_technicyzujacych_koniunkture-percepcyjna_jednostki_retrospektywnie_tworczej.jpg, jest grą z ekranem jako płótnem w roli głównej. W materii video sprawdzają się także panie: Katarzyna Skupny,  poruszająca w pracach The Joy of Painting i Heidegger problemy kobiecej tożsamości oraz Julia Zborowska, autorka Trwałej Parowej.
Estetyka niektórych prac prezentowanych na wystawie przywodzi na myśl zagadnienia dizajnu, mam tu na myśli w szczególności Agnieszkę Gębską, Magdalenę Bicz oraz Różę Janiszewską. Naturalnym środowiskiem obrazu jest wnętrze, niekoniecznie mieszkalne, ale jedno z wielu, które budujemy niemal wokół wszystkich czynności towarzyszących naszemu życiu. Wymienione autorki czerpią z owego interioru i przekształcają go w artystyczną wypowiedź.
 

Agnieszka Gębska zaoferowała widzom inteligentną grę ze sposobami obsługi mebli. Na jej obrazach, stylizowanych na „ikeowe” instrukcje złożenia, poznamy różne zastosowania krzesła, sofy, komody, regału i stolika. Z kolei obrazy Magdaleny Bicz przedstawiają motywy z tkanin tak dokładnie, że dopiero po bliższym przyjrzeniu się, dostrzeżemy benedyktyńską pracę autorki, która bez pomocy szablonu wszystkie wzory przemalowywała ręcznie. Również Róża Janiszewska traktuje o wnętrzach tyle, że fotograficznie. Efekt zaskoczenia jest podobny jak w przypadku Magdaleny Bicz, bowiem stworzone przez autorkę fotografie, powstały na podstawie modeli, a nie realnych pomieszczeń. W przypadku owych trzech autorek, poddając się iluzji oczywistości, początkowo dostrzeżemy jedynie banał, chciałoby się wówczas powiedzieć: „nic szczególnego”. Jednak po bliższym przyjrzeniu się tym pracom, odkryjemy zupełnie inną inteligentną, konsekwentną i wymagającą sporego nakładu pracy sztukę.


Jeśli chodzi o malarstwo, czerpiące ze starej dobrej tradycji farby i pędzla, jedną z ciekawych tendencji, które można było dostrzec na wystawie, to nie tyle infantylizm, co powtarzające się w wielu pracach nawiązania do magicznej krainy dzieciństwa. Owo zjawisko jest najbardziej widoczne w przypadku Urszuli Wasielewskiej, która w ziziZOOne zaprasza nas do swojego prywatnego Schwarzlandu pełnego dziwnych stworków i smakowitych muchomorów. Nawet w ironicznym dyptyku Konsumme pełno jest owych bajkowych zwierzątek, nie wspominając już otaczających obrazy papierowych pingwinków i leniwców, chociaż nie wszystkie stworzonka robią wrażenie przyjaznych człowiekowi, a niektóre wręcz wyglądają tak, jakby mogły nieprzyjemnie pokąsać. Wasielewska, jak słusznie zauważyła Bogna Burska, „jest księżniczką we własnym świecie pełnym dziwadełek”. W jej obrazach jest i bajeczna kolorowość i absurdalność rodem z Pana Kleksa, która sprawia, że przypomina mi się sławetny wers jednej z piosenek „tu wszystko jest możliwe, zwierzęta są szczęśliwe...”. Atmosfera, którą buduje Wasielewska oraz wmalowywanie siebie w przestrzeń obrazu budzi nieodparte przeczucie, że gdyby mogła, autorka wolałaby żyć w stworzonym przez siebie świecie. Inaczej jest w przypadku Justyny Adamczyk, której prace budzą skojarzenia z doskonałym malarstwem Basi Bańdy. Także ona nie stroni od dziewczyńskich muszelek, kwiatuszków, chmurek i koralików, ale zabarwia je elementem grozy i ironii w postaci ostrych zębów i trupich czaszek wyzierających spod słodkiej powłoki. Choć trudno powiedzieć, co właściwie przedstawiają, jej obrazy silnie kojarzą się z formami organicznymi – pierwotniakami, wirusami czy kłączami, jeśli pojawiają się tu głowy, można to stwierdzić tylko po, nierzadko drapieżnie otwartych, ustach. Zaledwie na kilku obrazach nie pojawia się żaden odcień czerwieni, która jest kolorem dominującym w pracach Adamczyk. Jest coś w jej pracach, co sprawia, że przypominają bazgroły z dzieciństwa, obrazki, na których nie do końca wiadomo o co chodzi, ale bez problemu można wczuć się w stworzony przez autorkę nastrój.

Inspiracje dziecięcą wyobraźnią nie omijają również chłopców. Jeden z moich ulubionych grafików -  Marcin Kuligowski -  nieustannie zachwyca swoją komiksową, czerpiącą garściami z popklutury poetyką. Używane przez Kuligowskiego pastelowe tudzież przygaszone kolory tła kontrastują z czarną kreską, która wielokrotnie przemierzyła powierzchnię w procesie nadawania ostatecznego kształtu jego rysunkom. Prezentowane na wystawie prace, w moim odczuciu, nawiązują do stylistki dzikiego zachodu oraz odwiecznej walki policjantów i złodziei. Są to fantazje przypisywane chłopięcemu światu. Jednak te rysunkowe, ironiczne ujęcia, to raczej okrutne bajki rodem ze zbiorów braci Grimm. Nie ma tu miejsca dla pluszowych przyjaciół, bowiem fantazje Kuligowskiego to dobranocki dla twardzieli. Ostatni w tej kategorii Paweł Dunal zrobił na mnie spore wrażenie. O ile Kuligowski tworzy historyjki, w których nie ma miejsca dla Kubusia Puchatka, bo wilki nie dałyby mu żyć, Dunal chętnie sięga po motywy z kreskówek dla dzieci z tym, że umieszcza je w szalonym narkotycznym dance macabre. W przypadku jego obrazów postacie rodem z Disneyowskich bajek hasają w groteskowym świecie po złej stronie lustra, pełnej grzybów, gołych panienek i zmierzających do celu penisów. Paweł Dunal nie boi się kontrowersji, poruszania tematów niezbyt stosownych, ani prowokacji. Podobnie jak w przypadku pozostałych „dziecinnych” prac, infantylizująca wizja, jaka wyłania się  u młodych artystów przywraca pamięć o bajkach sprzed czasów telewizji kablowej, które czytano dzieciom na dobranoc i nikt jeszcze nie myślał o tym, aby powycinać z nich fragmenty, gdzie pojawia się przemoc i śmierć. Ten obraz zderza się i łączy z bogatą i kolorową gamą kreskówek, jakie pojawiły się na ekranach telewizorów jeszcze w czasach dorastania autorów. Stąd w opisanych powyżej obrazach dzieciństwo jawi się nie jako bezrefleksyjna sielanka, ale jako świat ukrytych perwersji, nie wypowiedzianych, lecz drzemiących gdzieś w głębi pragnień, a także świat, któremu wbrew pozorom nie jest obca brutalność i erotyczna zmysłowość.
 

W tym sąsiedztwie prace artystów takich jak Jakub Czyszczoń i Aleksandra Bujnowska, która pięknie oddaje estetykę natury, giną. Podobnie ma się sprawa z nietoperzami Michała Szuszkiewicza. Dobrze wyeksponowane prace Aleksandry Czerniawskiej trochę za bardzo przypominają styl Wilhelma Sasnala, a miejska poetyka Bartłomieja Zygmunta Siegmunda z pejzażem rozmazujących się świateł, sprawia wrażenie, że to też już kiedyś było. I taki głos „że to wszystko już przecież było” można było usłyszeć wśród publiczności, ale nie sądzę, żeby wieszczyło to śmierć samemu malarstwu. Choćby nazwiska uczestników poprzednich edycji, wskazują na to, że ostatnie słowa w tej kwestii, jeszcze nie padły.

 

9. Konkurs Gepperta. Wystawa: 9.10 – 22.11.2009. Rozstrzygnięcie konkursu i wręczenie nagród: 9.10.2009 o godz. 19:00 w galerii Awangarda BWA Wrocław, Wita Stwosza 32.

 

Zapraszamy do obejrzenia prezentowanych na wystawie prac w naszej galerii zdjęć!
 

 

Newsletter

reklama
http://www.facebook.com/portalGpunkt
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator