Pionek na bezkresnym stepieRECENZJA: Z lekcji geografii pamiętam, że w Bułgarii dominuje krajobraz wyżynny. Ukształtowanie terenu nie przekłada się jednak na osiągnięcia kinematografii. Jak okiem sięgnąć, monotonia nizin…W taki pejzaż wkomponowuje się dzieło Kirana Kołarowa „Bunt L”. Chwytliwa etykietka okazuje się tylko marketingową przynętą, bo fabuła często się nie domyka, a potencjał tematyczny nie zostaje udźwignięty. Zatem, zanim zakopiemy i przydepczemy hasło „made in Bulgaria”, postarajmy się o skosztowanie świeższych produktów, a nie „wyrobów filmopodobnych”.
L. czyli Loris, to blondyn o anielskiej urodzie (Dejan Sławczew jako emocjonalna skała), który w pierwszych kadrach jawi się nam jako wzorowy absolwent szkoły językowej z dyplomem w kieszeni i nadzieją na świetlaną przyszłość… Na tym etapie reżyser wykopuje przed nami pierwszą stepową przepaść. Młodzieniaszek zamiast świętować ukończenie szkoły, zostaje przyłapany na gorącym uczynku… Plan wyprawy za Ocean runął w gruzach, osiemnastolatek zostaje zdemaskowany już na wejściu na prom. Mamy rok 1986, a więc komunizm zbiera żniwo w państwach bloku wschodniego. Zgodnie z ówczesnym prawem, Loris zostaje uznany za więźnia politycznego. Podążamy z bohaterem na trzy lata do paki. Naczelnik aresztu przydziela chłopaka do sekcji stołówkowej, przyjdzie mu egzystować z zepsuciem wszelkiego rodzaju… Nieurodzajny step zakładu karnego ukazany jest schematycznie - bójki, przemoc, degeneraci, wszechobecna szarość… Nasz ambitny absolwent staje się „kundlem”, „sierotą”, „gnojkiem”, „durniem”. Rozwarstwienie charakterologiczne Lorisa, jako naturalny efekt zmiany okoliczności, nie jest wyraźnie zaznaczone w jego działaniach. Poprzez warstwę wizerunkową, werbalną, behawioralną widzowie nie wytropią istotnego przeobrażenia L. Nowy naczelnik więzienia kieruje się maksymą - „Złom można przerobić na najlepszą stal”. W wypadku naszego pseudobuntownika obserwujemy proces odwrotny, stopniowo stal pokrywa się rdzą, zanieczyszczeniami, następuje erozja…
W wyniku ustąpienia sekretarza generalnego Bułgarskiej Partii Komunistycznej, Todora Żiwkowa, więźniom politycznym przysługuje amnestia… Od tego momentu perypetie Lorisa to teren wyboisty… Staje się on pionkiem w szponach byłego naczelnika więzienia, który prowadzi podejrzane mafijne interesy, „zatrudniając” podopiecznych, których nazywa „GP”, gołębiami pocztowymi - „Muszą być posłuszni, albo umierają w locie”. Chłopakowi przypada fucha ,,sługi królowej”, a ściślej - kierowcy prostytutki. Urozmaiceniem pejzażu są sceny porwania, strzelaniny i rozlicznych porachunków. Zgodnie z konwencją kat-ofiara, oprawców czeka kara. Młodzieniaszkowi znudził się statut pionka mafii, przejmuje więc inicjatywę. Lawirowanie w świecie emocjonalnych i moralnych rozterek nie jest jego mocną stroną, ale posługiwanie się bronią opanował znakomicie.
Syn marnotrawny powraca na łono rodziny…Zastaje tylko ojca, bo matka zmarła, gdy chłopak odsiadywał wyrok. W jednej z kluczowych scen dialogowych, reżyser podejmuje polemikę szukania winnego za „proces erozji stali”. Co zadecydowało o zepsuciu bohatera? Wyrecytowana regułka nie pada. Nie ma wzmianki o totalitarnym systemie, warunkach sytuacyjnych. Oprócz drażniącego niedopracowania dialogowego, szokuje również wypowiedź ojca, który podkreśla, że wychowanek zawsze był zachłanny świata, pragnął być wyjątkowy, lepszy od innych…Nestor rodziny wybacza jednak synowi, wtrącając, że „człowiek jest tym, co kocha…” Ale czy nasz zagubiony bohater kiedykolwiek doświadcza metafizycznych doznań? Próby ostatecznej przemiany mgliście zarysowują się w końcowej części filmu. Rosjanka, której był szoferem, staje się gejzerem emocji pośród stepowej próżni Lorisa. Chociaż bohater udowadnia, że nie jest tylko marionetką i zaprzestał stagnacji, to wiele nie pokaże na swoją obronę…
Słońce na widnokręgu w postaci potencjalnie niebanalnego kręgu tematycznego nie rekompensuje całych połaci niedomkniętych wątków, nieprzemyślanych pomysłów na postaci czy dialogi. Pierwszoplanowy bohater to emocjonalna skała, bez przypisanego studium psychologicznego, zlepiony z różnych figur, a przecież osobowość wieloraka autentyczna nie jest…Nawet gdy próbuje przebąkiwać hasła ideologiczne, bądź po prostu mówić pełnymi zdaniami, to okalecza samego siebie, i wrażliwość widzów, przy okazji. Postawa milcząca jest przejawem zagubienia, czy buntu, który nosi w sobie? Warstwa obrazowa i słowna kompozycji kołysze się pośród nielogicznych motywów poczynianian. Poszczególne molekuły wydają się być zaczerpnięte a to z melodramatu, a to z sensacji, czy thrillera…Oś historii jest jak chorągiewka, nie ma stabilnego oparcia, a wiatr, który wieje w oczy Lorisa jest porywisty…
Nieliczne gejzery „Buntu L” nie uczynią z „filmopodobnego produktu” wybitnego arcydzieła. Na uwagę zasługują liczne klamry kompozycyjne. Dom rodzinny, poszczególne postacie, obiekty, miejsca zapętlają akcję. Ryzykownie, aczkolwiek pokosić się można o metaforę. Płaszczyzny, ikony współistnieją, bohater konfrontuje się z nimi kilkakrotnie, za każdym razem z innym nastawieniem. Pozorna stabilność otoczenia jest paradygmatem, posuwającym chybotliwego śmiałka do szukania tożsamości, definiowania siebie na nowo.
Wzorce kulturowe czy historyczne przyzwyczaiły nas, że buntownicze nastawienie odnosi się zwykle do jednostek walczących z niesprawiedliwością, złem. Rewoltę kojarzymy jako postawę sprzeciwu wobec rzeczywistości zastanej. W przypadku Lorisa, obserwujemy bierny przejaw opozycji wobec „czegoś”, niedopowiedzianego w filmie. Aż po ostatni kadr, nie wiemy na straży, jakich wartości stoi pseudobuntownik. Stepie szeroki dręczysz swoją monotonią!