Powrót do domu: dramat pełnokrwistyPamiętacie skecz Monty Pythona, w którym mąż z żoną, skąpo odzianą blond-kokietką, przychodzi do poradni i podczas rozmowy z lekarzem ów ostatni już radośnie baraszkuje z jego lubą za parawanem?... Noblista Harold Pinter obyczajowy dramat doprawia podobnym radosnym nonsensem. Jego „Powrót do domu” w reżyserii Artura Urbańskiego ponownie można było zobaczyć we Wrocławskim Teatrze Współczesnym.
Pod jednym dachem ze zgorzkniałym ojcem (Kuźniar) i wujem – taksówkarzem z powołania (Górski) mieszkają niezbyt rozgarnięci bracia: Joey (Kocot) i Lenny (Łukaszczyk). Codzienną rutynę, składającą się głównie ze wzajemnych bezczelnych docinków, przerywanych prostackim rechotem Joey’a, zakłóca nieoczekiwany przyjazd najstarszego syna Teddy’ego (Tomaszewski) z żoną (Kościelniak). Niespodziance, związanej z pojawieniem się jedynego członka rodziny, który zdołał wybić się i osiągnąć życiowy sukces, towarzyszy zainteresowanie domowników – a zwłaszcza Lenny’ego – jego atrakcyjną partnerką, Ruth, podsycane przez nią samą. Zagęszczające się relacje między bohaterami zmierzają do nieoczekiwanego finału.
Nie upraszczając zbyt, towarzyszy jednak sztuce specyficzny, instynktownie wyczuwalny klimat pythonowskiego poczucia humoru. Mówi się, że Brytyjczyk uprawia „teatr realnego absurdu”, i świetnie to określenie pasuje do spektaklu Urbańskiego, chociaż na pierwszy rzut oka bardzo może ono przypominać Martina Crimpa z jego „Na wsi”. Oba to adaptacje sztuk współczesnych brytyjskich dramaturgów; w obu, w kameralnej scenerii Sceny na Strychu, rozgrywa się obyczajowy dramat z udziałem kilkorga osób (także londyńczyków), których pokrewieństwo czy małżeńska bliskość okazują się jedynie grą pozorów pod nieoczekiwanym wpływem czynnika zewnętrznego. Z owej konfrontacji „Powrót” wychodzi jednak zdecydowanie zwycięsko: z międzyludzkich stosunków udaje mu się wydobyć drażniące, tkwiące w głębi człowieka subtelności, zadry i mniej lub bardziej zamaskowane popędy – a robi to, unikając banału i jednoznaczności, zostawiając widza z prawdziwą mieszaniną uczuć.
Intymna sytuacja dramatu tworzona jest przez właściwie nieistniejącą muzykę i przezisroczystą scenografię zwyczajnego domowego wnętrza, co siłą rzeczy stwarza ogromne możliwości aktorskiego popisu. Spektakl nie istniałby zatem bez uwodzicielskiej Renaty Kościelniak, której ekspansywna kobiecość nie pozwala jej przepaść w zdecydowanie zmaskulinizowanym towarzystwie, i Macieja Tomaszewskiego, dyżurnego „aktora majestatycznego” Teatru Współczesnego. On właśnie, „paternistyczny” wobec reszty aktorów (co jest osiągnięciem w stosunku do statecznej aury Zdzisława Kuźniara) i triumfujący nawet w momencie upokorzenia, jest równoległym z Ruth katalizatorem wydarzeń, świetnym zwłaszcza w magnetyzujących dialogach między parą małżonków. W „Powrocie” Tomaszewski ujawnia swe kameralne oblicze – bodaj zresztą najciekawsze, bo niezobowiązane do kreowania bardziej teatralnych odsłon majestatu; dalekie od magicznej aury z „Orkiestry Titanic” czy niezapomnianej szarży „Zwycięstwa”. Oblicze owo, całkowicie skoncentrowane na grze, stanowi świetne odbicie kondycji współczesnego mężczyzny. To złowieszczy mąż owładnięty chęcią posiadania i zniewolenia kobiety, a chwilę potem – mężczyzna przez kobietę zniewolony, zbudowany z zupełnie innej materii; przy fizycznym rozpasaniu Ruth – skostniały, biedny i bezradny; na koniec zaś – patrzący na sytuację z zewnątrz: i cyniczny już, i z lekka szalony. Tomaszewski oddaje te złożone stany osobowości całą fizycznością i barwą głosu (jak i drobiazgami w rodzaju klimatycznych kółek z papierosowego dymu... ), a czyni to bez śladu aktorskiej wymuszoności. Wraz z Kościelniak para buduje atmosferę dramatu, czyniąc z niego opowieść o zmiennej dominacji pierwiastków męskiego i żeńskiego, które są na wskroś naturalnym żywiołem, jedynie przysłanianym przez społeczne role; a także – o winie, która leży gdzieś pomiędzy nimi dwoma.
„Powrót do domu” ożywia skostniałe nieco pojęcie „dramatu obyczajowego”, a zarazem pozostaje teatrem stuprocentowo tradycyjnym – co zbawienne. Urbański umiejętnie kreśli swoje postaci, czyniąc je niebanalnymi i pełnymi znaczeń; a wymowna gra aktorska najlepiej smakuje w pierwszym rzędzie. Szczerze polecam.