Nie istnieje przepis na dobry spektakl. Przedstawienie to nie danie kulinarne. Nikt nie może usiąść w domowym zaciszu i sprawdzić, jaką ilość składników i kiedy należy dodać, by wyszło arcydzieło. Ale są rzeczy, które stanowią coś na miarę szkieletu każdego przedsięwzięcia teatralnego. Po pierwsze, każdy artysta musi odpowiedzieć sobie na pytanie o czym chce opowiedzieć publiczności, która przyjdzie do teatru. W wyniku tego często zaczyna tworzyć spektakl nie na podstawie wybranego dzieła literackiego, a wręcz przeciwnie: stylizuje dramat tak, by opowiadał on nową historię. Takiego właśnie zabiegu dokonał Wiktor Rubin w „Cząstkach elementarnych” Michela Hoellebecqa.
Powyższa książka to dla niektórych powieść kultowa, dla innych bezmyślna apoteoza seksu i pornografii. Rubin zdecydował się oczyścić nieco brudny i zdegradowany świat znany nam z tekstu francuskiego pisarza i wnieść do niego trochę poezji, jak to uczynił kiedyś Krzysztof Warlikowski w „Oczyszczonych”. Jednocześnie reżyser tworzy atmosferę ciągłej zagadki, niepokoju, pozostawiając widza w niepewności, z kołaczącym po głowie pytaniem: dokąd to wszystko zmierza?
A świat do którego wchodzimy jest w swojej istocie odpychający. Oto poznajemy historię dwóch braci porzuconych przez matkę hipiskę, wierzącą w wyzwoloną miłość i niczym nieskrępowaną wolność. Jeden z jej synów, pogardzany przez kolegów w dzieciństwie, z czasem nie potrafi poradzić sobie z własną seksualnością, której zaspokojenie staje się jedynym celem jego pseudo życia. Drugi natomiast szuka ucieczki od własnych problemów w nauce, staje się sławnym i podziwianym odkrywcą, który to stworzy nową, lepszą(?) ludzką rasę.
Scenografia już na samym wejściu przykuwa uwagę. Nie rozprasza zbytnio widza, jest wyważona i jednocześnie nieco enigmatyczna. Scenę bowiem z trzech stron otaczają białe ściany złożone z drzwi. Publiczność nie ma pojęcia co też się za nimi kryje i każde ich otwarcie jest dla niej jakby przejściem do innej rzeczywistości. Czasami akcja spektaklu przenosi się też na balkon znajdujący się tuż nad widownią. Ma to miejsce zazwyczaj wtedy, gdy na scenie pojawia się niezidentyfikowany narrator w ogromnym, błyszczącym cylindrze, a'la kapelusznik z „Alicji w Krainie Czarów”. Wygłasza on krótkie monologi, mające funkcje niejako komentarzy do tego, co właśnie zobaczyliśmy lub zobaczymy. W tę rolę wcielił się znakomity jak zwykle Marcin Czarnik. Aktor doskonale moduluje swoim głosem, nadając mu spokojny ton wywodu naukowego. To tak jakby mówił „Ja obserwuję, badam daną sytuację, przeprowadzam analizę, stoję z boku, nie uczestniczę, opowiadam.” Oczywiście chapeau bas również dla innych aktorów, którzy też stworzyli świetne kreacje – postacie z krwi i kości, a nie niemrawe widma będące jedynie odbiciami jakichś postaw i idei.
Reżyserią światła zajmowała się Justyna Łagowska, która również spisała się znakomicie. Doskonale wiedziała co i jak należy zrobić, by w odpowiednim momencie uzyskać określony efekt. Od czasu do czasu na przykład nie pozwala zgasnąć światłom na widowni. W ten sposób publiczność odczuwa przynależność do świata oglądanego. Rozwiązanie co prawda stare jak świat, ale jednak niezwykle skuteczne. Równie ciekawy chwyt zastosowano podczas jednego z monologów Marcina Czarnika. Aktor, wyrzucając z siebie mocno i dobitnie poszczególne frazy, kieruje w naszą stronę strumień światła z latarki wzmacniając w ten sposób siłę swojego przekazu. Skutkiem tego zabiegu po raz kolejny widz czuje się nieswojo, dziwnie skrępowany, jakby trochę współwinny rozgrywanego dramatu, mimo że przecież tak naprawdę to nie on kreuje wydarzenia zaistniałe na scenie.
„Cząstki elementarne” Rubina chcą wciągnąć nas w swoją przestrzeń. Ukazują świat, w którym żyjemy, widziany pod lupą, mikroskopem, bo tylko wtedy można dostrzec poszczególne jego części, „cząstki elementarne”. Rubin, podobnie jak Mrożek w „Tangu”, przestrzega przed zbytnim zachłystywaniem się wolnością, odejściem od jakichkolwiek praw, oświeceniowym libertynizmem, rzeczywistością, w której człowiek staje się sam sobie panem, bogiem, diabłem, niezawisłym sędzią, a jedynym celem jego egzystencji okazuje się konsumpcja. I tak pochłaniamy wszystko, co nas otacza łapczywie, żarłocznie, jak wygłodniałe zwierzęta, aż zrobi nam się niedobrze. Ta bulimia bywa zabójcza. I w ten sposób wolność okazuje się kolejną szlachetną, ale jednak zgwałconą przez człowieka ideą, wymówką dla tych, którzy nie mają już nic do stracenia.