G punkt | Sięgamy głębiej

Teatr

Sło

Autor: Anna Garczyńska, dodano: 02-12-2009, 16:42

Jan Peszek skrupulatnie kroi życiorys Słowackiego i ochoczo wdziewa niczym karnawałowo złote spodnie ze sceny wrocławskiej „Księgi rodzaju 2” Michała Zadary. Czy raczej spodnie tęczowe, bo „Sło” we Wrocławskim Teatrze Lalek to sceniczny patchwork z udziałem fizjologicznych i homoseksualnych ciekawostek z życia autora „Księcia niezłomnego”.

 

Samego reżysera widzimy ino kawałek – narracyjne usta zawieszone gdzieś w multimedialnej scenerii Thomasa Harzema, jak głos bóstwa rozkazujące Graczowi wcielenie się w postać Słowackiego. Chcąc nie chcąc – postać Stevena Seagala nie jest dostępna – wchodzi on w skórę wieszcza wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza i na kolejnych realno-wirtualnych poziomach życia-gry mierzy się z wrogim Mickiewiczem, matką, własną seksualnością, gruźlicą i samotnością.

 

I choć Peszek swobodnie daje się widzowi zadumać, przygnębiająco nie jest, a wręcz przeciwnie. Mozaikowa struktura scenariusza Mateusza Pakuły w połączeniu z humorem reżysera i biograficznymi smaczkami głównego bohatera sprawiają, że epizody zamieniają się w skecze – jak ten, kiedy Sławomir Przepiórka, komicznie bełkocząc i wywijając prześcieradłem, parodiuje Księcia niezłomnego, lub gdy ten sam na koniec maluje pierś Słowackiego – Tomasza Maśląkowskiego – w tęczowe pasy, a ów z gejowskim wdziękiem omiata dłonią jego twarz. Genialne są fragmenty z udziałem encyklopedycznie opisującej gruźlicę Krystyny Czubówny, której kojący głos zręcznie obraca Słowackiego w przyrodnicze kuriozum. Staje się więc poeta rodzajem eksponatu, wystawionego na pastwę własnej burzliwej biografii, którego albo się obnaża, albo – obnaża się on sam. W takich chwilach Gracz-Słowacki do ostatniego tchu, w męczarniach, wypluwa z siebie „Odę do młodości” (ją właśnie), by po chwili znów chwycić w objęcia wielgachnego białego pomidora i trudzić się, i taszczyć go, i spowiadać się z lęku przed psami. W momentach tych nie wypada śmiesznie, a autentycznie porusza. Przejście od sytuacji komicznej do dramatycznej dokonuje się bezwiednie, ale nie bezboleśnie – kwintesencją jest scena, w której Gracz parska obficie i rozrzuca wkoło zakrwawione chusteczki, a w widzu toczy się walka między bolesnym kłuciem w żołądku a wypływającym na usta sadystycznym uśmiechem. A czujemy się rozgrzeszeni – bo przecież na początku już narrator dobitnie ostrzega: „To tylko gra! Powtarzam: to tylko gra!...”.

 

Konwencja owej gry jest dla wrocławskiego scenarzysty i reżysera motywem tyle urodzajnym, co w pełni wykorzystanym. Gra komputerowa, tocząca się na oczach widza, nie tylko wdraża w atmosferę manipulacji, ale jest i okazją do autotematycznego pamfletu na zautomatyzowany głos każdego narratora gry – tu żyjący własnym życiem i kreujący się na pana i władcę („gadaj, pierdzielu, bo cię wyłączę”, mówi do Czubówny). Jest tu gra w pomidora oraz pomidor-rekwizyt; jest gra w kropki i gęsto pokryta czerwonymi kropkami faktura ścian, jakby zmuszająca do ich łączenia; jest także gra najbardziej dla poety dramatyczna, bo będąca rozgrywką słowną (i toczącą się równolegle fizyczną) z groźnym Mickiewiczem i jego oskarżeniami o pustosłowie Słowackiego. Są tu też i lalki przypominające pionki.

 

Niebagatelna jest ich rola na scenie Peszka. Lalki-ikony idealnie współistnieją z ciepłokrwistymi aktorami, same wyjątkowo mobilne – poruszające się na kółkach szkielety z dwóch desek na krzyż służą aktorom transportem, poddają się bezceremonialnemu pomiataniu, świetnie wizualizują rażącą samotność i wklęsłość gruźliczej piersi. A że kreacje Tomasza Maśląkowskiego i Sławomira Przepiórki to aktorski samograj, całość pięknie łączy się w obrazie żywego człowieka i odpowiadającego mu drewnianego echa – stereotypu, szablonu osobowości. Fragmenty życia Słowackiego i wyrywki z jego twórczości składają się na Słowackiego. Marionetka – to tylko Sło.

 

Cudownie rozrywkowy i całkowicie bezpretensjonalny teatr dwóch aktorów i ust Peszka wciąga i bawi. Co widzowi zostanie ze Słowackiego w „Sło” – czy przede wszystkim obraz żywego człowieka targanego fizycznymi i psychicznymi bolączkami, czy wizerunek żywej i wielobarwnej, ale wciąż jednak ikony z twarzą Słowackiego – tego nie wiem. Faktem jest jednak, że, bardziej niż jakikolwiek inny, spektakl napełnia nas przemożną chęcią gromkiego zakrzyku na cześć dobrodziejstw postmodernizmu. Wyśmienity mariaż kultury słowa z sensacyjną popkulturą i możliwość zrobienia zdjęć z kiczowatą figurą Seagala – tylko w „Sło”.

reklama
http://www.roe.pl/

Utwór Tygodnia

Ramona Falls - Russia


Newsletter

partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu