G punkt | Sięgamy głębiej

Film

Spokojnie, to tylko szaleństwo

Autor: Anna Kiedrzynek, dodano: 14-11-2009, 14:42

RECENZJA: Depresja, w przeciwieństwie do schizofrenii czy nerwicy natręctw, pozostaje wciąż mało interesującym dla reżyserów filmowych  zaburzeniem. Jak bowiem w przekonujący i dostosowany do reguł filmowej narracji sposób pokazać cierpienie człowieka niezdolnego do wszelkiego działania, otępiałego, odsuwającego się od życia?

 

Być może właściwym rozwiązaniem byłoby ukazanie wewnętrznego świata chorego poprzez dotarcie do warstwy przemilczanych traum i problemów. Takie podejście zaowocowałoby filmem o sporym ciężarze gatunkowym. Alternatywą wydaje się pozostawienie przyczyn tam, gdzie ich miejsce, czyli w podświadomości bohatera i zamiast tego ukazanie momentu przełomu. Chwila, w której cierpiący na depresję człowiek zdobywa się na nadludzki z jego pespektywy wysiłek i wstaje z łóżka po to, by na nowo stawić czoła światu, otwiera przed filmowcem spore możliwości. Z takiej właśnie alternatywy skorzystał norweski reżyser Rune Denstad Langlo. Jego „Białe szaleństwo” to historia Jomara, potężnie zbudowanego trzydziestolatka o wyraźnych skłonnościach do depresji. Choroba wykreśliła z życia Jomara dwie najważniejsze relacje: miłość i przyjaźń. Żona Jomara związała się bowiem z jego najlepszym przyjacielem. W takiej sytuacji nietrudno uwierzyć, że jedynym pragnieniem bohatera jest powrót do szpitala psychiatrycznego, którego niegdyś był pacjentem.  Przed podjęciem tak radykalnej decyzji powstrzymuje go rozmowa z lekarką oraz wydarzenie, które można określić właśnie mianem przełomu. Jomar dowiaduje się, że jego była już żona wychowuje dziecko będące najprawdopodobniej owocem ich związku. Ta wiadomość nie tylko wypchnie dotąd osowiałego Jomara za próg jego domu, ale też sprawi, że wsiądzie on na skuter śnieżny i, wyposażony w niewystarczajacą ilość spirytusu, wyruszy w kierunku dalekiej północy, gdzie mieszka jego była żona wraz z dzieckiem.

 

Łatwość, z jaką Jomar - po wielu latach życia w letargu – poddaje się nagłemu impulsowi, może budzić zastrzeżenia. Jednak najlepszym uzasadnieniem takiego właśnie punktu wyjścia wydaje się być obrana przez reżysera konwencja. Świat Jomara i pozostałych bohaterów filmu to kraina śniegu i absurdu. Oślepiająca biel, która stanowi tło dla wędrówki Jomara, kontrastuje z groteskowością ludzkich poczynań w sposób bardziej widowiskowy niż jakiekolwiek inne otoczenie. Ekscentrycy spotkani przez Jomara nie są jednak wyłącznie smutnymi clownami w cyrku egzystencji, ich fotogeniczna „dziwność” zdaje się być cienką warstewką narosłą na całkiem zwyczajnych problemach. Istotne jest także to, czego i w jakiej kolejności główny bohater uczy się od napotkanych osób. Pierwsza jest mieszkająca z babcia na odludziu nastolatka. Gdy Jomar zapadnie na „białą ślepotę”, dziewczyna, pomimo protestów podejrzliwej starszej pani, umieści go w zaciemnionym pokoju i pomoże wrócić do zdrowia. Z początku Jomar jest zniecierpliwiony uporczywym przesłuchiwaniem dla potrzeb różowego pamiętnika, potem jednak odważy się opowiedzieć dziewczynce o swojej chorobie, niedanym związku, uzależnieniu. To wyznanie nie mąci atmosfery kreowanej za pomocą wyważonego skandynawskiego komizmu, wyraźnie jednak pozwala uczynić „oczyszczonemu” w ten sposób bohaterowi kolejny krok.
Gdy psuje mu się skuter, spotyka przypadkiem młodego chłopaka, znawcę tajników upijania się za pomocą nasączonych wódką tamponów. Jomarowi w ograniczony nietypową sytuacją sposób udaje się pomóc samotnemu i nieszczęśliwemu chłopakowi przez sam fakt swojej obecności. Dług zaciągnięty przez Jomara u nastolatki zostaje spłacony. Ostatnim przystankiem bohatera przed osiągnięciem celu jest namiot stojący na środku zamarzniętego jeziora. Tam spotyka on czekającego  na śmierć, absolutnie pogodzonego z losem staruszka. Tu znów następuje zderzenie absurdalnego komizmu z ważną dla Jomara nauką. Staruszek obdarowuje gościa bonem na zakupy, po czym umiera, w dość nietypowy (choć typowy dla nastroju filmu) sposób. Jomar rusza dalej, jest już blisko celu.
 

 

Po obejrzeniu „Białego szaleństwa” może nasunąć się pytanie o to, jaki właściwie gatunek reprezentuje ten film? Komedia? Kino drogi? Stwierdzenie, że prawdopodobnie jedno i drugie, nie będzie specjalnym odkryciem. Komizm, absurd, kontrastowość – to z kolei uatrakcyjniające całość konwencje, pomocne w podtrzymaniu zainteresowania widza, lecz nie mogące stanowić istoty całości. To, co przesądza o wartości „Białego szaleństwa” to niełatwy, a przy tym autentyczny optymizm płynący z ludzkiej determinacji w dążeniu do szczęścia i nieustannego wchodzenia w relacje z ludźmi, których potrzebujemy i którzy sami mogą okazać się potrzebujący.  Cierpiący na „niefilmową” chorobę Jomar zmienia się wtedy, gdy zaczyna tę sieć zależności dostrzegać. Uczy się jak słuchać i być wysłuchanym, ostatecznie rezygnację i marazm zamienia na spokój. Spokój i szaleństwo, a raczej, mniej poetycko, spokój i działanie, dobrze czują się w swoim towarzystwie. I, jak się okazuje, nadzwyczaj dobrze prezentują się razem w kadrze.

Newsletter

reklama
http://www.szczyt-kultury.pl
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator