Trańce łamańceRELACJA: Niedzielny koncert w Alibi, 11 października, pokazał, że muzycznego transu nie należy kojarzyć jedynie z afrykańskim ogniskiem czy farmakologicznymi manieczkami. Stara, dobra lira korbowa też daje radę.
Można się było o tym przekonać kilka minut po ósmej, gdy na scenę wszedł Żywiołak. Występ zaczął się z wolna melancholijnymi "Latawcami". I choć utwór był niezwykle przyjemny w odbiorze, nijak się miał do reszty występu. Żywiołak spieszył się bowiem niemiłosiernie. Trudno powiedzieć, czy powodem był ograniczony zwykle czas przeznaczony na support, czy też nastrój perkusisty.
W każdym razie, zespół zmieścił się ze wszystkimi największymi przebojami w dwóch trzecich czasu, którego zwykle na to potrzeba. Co zadziwiające, szaleńcze tempo przydało tylko koncertowego uroku "Czarodzielnicy", "Wiłom", "Feminie", "Epopei Wandalskiej" i "Oku dybuka". Można się było wyskakać, wyszaleć i zatracić w dźwiękach kręconej dziko korby (zamiennie ze skrzypeczkami) wspieranej zdwojonym zaśpiewem.
Zabrakło niestety koncertowego szlagieru o wypalaniu trawy, ale i tak było dobrze.
Z ludowych harców można było ochłonąć w półgodzinnej przerwie na rzadkie piwko. Odpoczynek skończył się wraz z wejściem na scenę Dużego Pe. Inauguracyjnym freestylem urzekł nawet mnie, hiphopowego ignoranta. Ze wstępu można było dowiedzieć się na przykład, że choć "chłopaki z Lao Che chcieli zdezintegrować zespół przy barze, Masala nam dzisiaj pokaże" (cytuję niefrasobliwie z pamięci).
I rzeczywiście pokazała wiele. Szwarne beaty, mantry, drum & bass, ragga i słowne zabawy (hasali na sali masali) nie pozwalały ustać w miejscu. I choć wysiłek miał nieco inny charakter niż w trakcie poprzedniego występu - skoki w boki vs. pogo - też można było się zdrowo zmęczyć.
Koncert sam w sobie dostarczał wielu atrakcji. Jakby jednak tego było mało, z niespodziewaną bratnią pomocą sekcji rytmicznej przyszedł Spięty. Jego występ pozwolił dostrzec maestrię rodzimych masalowych bębniarzy. Skoro o wirtuozerii mowa, grzechem byłoby nie wspomnieć o podlewającym wszystko orientalnym klimatem człowieku od sarangi, gardłowania i innych indyjskich specjałów.
Słowem - szalenie smaczna mieszanka.