G punkt | Sięgamy głębiej

Literatura

W salonie konwencji Pani E.

Autor: Joanna Wojdowicz, dodano: 06-11-2009, 14:28

„Wtajemniczenia” to książka dla kolekcjonerów skrzydlatych słów, smaków, zapachów i wspomnień z minionej epoki. Michał Komar wymyślił niebanalnych bohaterów, posplatał ich losy i pozwolił im mówić – bo przecież właśnie rozmowa jest podstawową formą istnienia umysłu. Zamiast drugiego człowieka ze strachu zabić albo zjeść, lepiej byłoby mu coś prawdziwie, choć niekoniecznie szczerze, opowiedzieć - uważa pani E.

 

Zacznijmy od końca, bez którego nie byłoby początku, a więc od śmierci Pani E. Żeby nieznany z imienia służący mógł nam opowiedzieć historię życia zapisaną we „Wtajemniczeniach”, Pani E. musi umrzeć. Robi to z typową dla siebie kobiecą pikanterią, można by rzec, przemyślnie, bo tuż po wizycie u kosmetyczki i fryzjera. Zanim dwukrotnie zachichocze i wyda ostatnie tchnienie, zdąży wymóc na słudze obietnicę, by wtajemniczył w szczegóły pewnej sprawy mężczyznę, który tego wieczora zapowiedziany był na kolację. Wierny sługa i zarazem kucharz daje słowo, mimo że dzień wcześniej upłynął termin kontraktu zawiązanego między nim i jego chlebodawczynią. A dowodem na to, że słowa dotrzymał, jest fakt, że do naszych rąk trafia książka równie pikantna i zachwycająca, jak w rzeczy samej pikantna i zachwycająca była mocno już przejrzała, przeszło siedemdziesięcioletnia Pani E.


Najpierw niech będzie o uldze… Z dużym zażenowaniem przedzierałam się dwa lata temu przez „Rebelię” Mariusza Sieniewicza - groteskową opowieść o nikomu niepotrzebnych, zbuntowanych, wyrzuconych na margines rzeczywistości starowinkach. Niewiele ciekawego mieli do powiedzenia bohaterowie olsztyńskiego autora, jeszcze mniej do przekazania tzw. potomnym i trudno było ich za cokolwiek pokochać. Sieniewicz (nawet jeśli wbrew swojej woli, bo przecież w intencje pisarza grzech wnikać) potwierdził tamtą powieścią, że nie można w naszym kraju traktować starych ludzi poważnie (jakże więc trudno bez sztafażu groteski o nich pisać) i jeśli wyślemy ich na Madagaskar lub sprzedamy na Allegro, poleją się łzy nie rzęsiste, ale krokodyle…


"Wtajemniczenia" pokazują, że można inaczej i że na karykaturę szkoda czasu i atłasu. Pisząc zatem o kruchej i wątłej już Pani E., snuje Komar opowieść o życiu – rozkwitającym, zachłannym, pełnym nagłych zwrotów akcji i niecodziennych zbiegów okoliczności. O życiu bywa, że zwichrowanym i brutalnym, a mimo to obracanym w żart, branym pod włos. Pisze bez cienia wzniosłości i zadęcia, choć rozmowy toczone w salonie Pani E. szybują wysoko, w niepopularne rejestry filozofii, sztuki, literatury i… haute cuisine. Ta książka jest w zasadzie niemożliwa do streszczenia, bo skomponowana na kształt sylwy, estetyczno-filozoficznego wirydarza. Błąkamy się po labiryncie myśli naszych bohaterów w rytmie ich odległych skojarzeń, przecierając ze zdumienia oczy, że gdzieś jeszcze prowadzi się równie wyrafinowane rozmowy, pokazujące zresztą przede wszystkim to, w jaki sposób bohaterowie chłoną świat, a nie – jak ten świat wygląda. Powiedz mi, co jesz, jakie zapachy lubisz, na jakie obrazy patrzysz, jakie książki czytasz, jakiej muzyki słuchasz, a zdradzisz mi, jakim człowiekiem jesteś i co ci się dotąd mogło przytrafić – zachęca Komar.


Sztuka kulinarna uprawiana przez kucharza Pani E. łączy w sobie osiemnastowieczny przepych i ekstrawagancję wieku dziewiętnastego. Menu dostosowuje się do okoliczności i urody otoczenia, układa się je w zależności od sytuacji. Tak jadają Francuzi, nie Polacy. W domu Pani E. traktuje się sprawy stołu z taką samą uwagą, szacunkiem, inteligencją i żywym zainteresowaniem, jak wszelkie inne szeroko dyskutowane tam tematy. Dobra kuchnia narodziła się przecież wraz z kulturą i rozwija się od wieków, a Pani E. jest nikim innym, jak strażniczką przeszłości. Warto powrócić do pamięci kultury choćby po to, by poczuć, że nie jesteśmy sami i nie jesteśmy pierwszymi, którzy zadają pytania z gatunku „Jak żyć?”. O ile ciekawsza może okazać się odpowiedź, jeśli udzielimy jej przy butelce rosso piceno z Marche, cudownie komponującym się ze smakiem pesto. Albo spożywając kuropatwy w śmietanie, danie proste, lecz jak wszystko co proste, wymagające finezji. Przyjrzyjmy się innemu, deserowemu zestawowi: świeże figi moczone w herbacie, galaretka z herbaty jaśminowej oraz mrożony jogurt z trawą cytrynową, albo prosty, zgoła rubaszny mus czekoladowy z nutką pomarańczy i marakui. A co powiedzą Państwo na pieczone drozdy? Oto sam koniec przepisu: Lubiłbym – przez szacunek dla ładu natury – gdy drozd jest obłożony ślimakami panierowanymi, smażonymi w maśle. Notuję, mając świadomość, że drozdy są objęte całkowitą ochroną, z wyjątkiem objętych ochroną sezonową kwiczoła i paszkota, soczystych, gdy się o to zadba. Rozmarzony – dałbym do ptactwa hermitage albo może st.-joseph (…). Czy to przepis-bibelot, przeznaczony tylko dla kolekcjonerów kulinarnych ekstrawagancji? Michał Komar zapewnia, że wszystkie proponowane receptury są sprawdzone i prawdziwe.

Żeby zatem gotować, jeść i żyć podług zasad panujących w salonie nie zawsze dobrej i łagodnej Pani E., trzeba mieć szacunek dla właściwości oraz smaku poszczególnych składników. Wszelka przesada jest nie do przyjęcia. Nie wszystkie smaki dają się łączyć, do każdej opowieści lub anegdoty uważnie dobiera się towarzyszące im potrawy. W istocie chodzi bowiem o to, by w odpowiedniej oprawie opowiadać o największym skandalu, jaki może się nam przytrafić – o życiu. I o to, by umieć przyjąć i zrozumieć opowieść cudzą. Wreszcie, by – opowiadając – zyskiwać jako takie poczucie sensu i ładu tego świata. Pani E. z błyskiem w oku przekonuje nas, że korzystała z życia, ile się dało, pozyskując nie byle jakich partnerów do rozmowy, bo pełnych empatii i chęci zrozumienia racji interlokutora. Jeśli trzeba było, przyuczała ich do uczestnictwa w dyskusji, tak jak swojego nieocenionego, sumiennego kucharza. Zgodnie z radą daną przez Szestowa (a zaczerpniętą z innego jeszcze filozofa, Rozanowa) żyła tak, by latem zbierać maliny, zimą zaś pić herbatę z konfiturami z malin.


Bez względu na to, czy Michał Komar udziela głosu osobom z krwi i kości (jak w rozmowach-rzekach z Władysławem Bartoszewskim, Stefanem Mellerem oraz Krzysztofem Kozłowskim), czy postaciom wymyślonym (jak Pani E., pisarz K., ksiądz Wincenty), chce pokazywać zasady, jakimi się oni na co dzień kierowali – obrywając cięgi, ponosząc klęski lub będąc na szczycie. Komar pozwala nam się przysłuchiwać rozmowom zwłaszcza z tymi ludźmi, którzy poważnie myślą o swoim losie, tzn. nie roztkliwiają się nad sobą. Dlatego, pijąc aromatyczną herbatkę z konfiturami z malin i drżąc przed wizją nadejścia grypy A/H1N1, koniecznie podyskutujmy – np. o Leśmianie.

Michał Komar, Wtajemniczenia, Świat Książki, Warszawa 2009, 272 s.
 

reklama


Newsletter

partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu