Z pewnością kabaret. CHYBARedaktor naczelny Gpunktu rozmawia z dziennikarzem-prowokatorem, który przedzierzgnął się w artystę-kabareciarza. Seweryn Domagała n a p e w n o lideruje wrocławskiej grupie kabaretowej CHYBA, studiuje Dziennikarstwo i Komunikację Społeczną. W pisaniu o kabarecie c h y b a decyduje się na to, co n a p e w n o przeszkadzało mu w działalności dziennikarskiej – kompromisy. Dlaczego? Odpowiedzi szukajcie w tej rozmowie.
Na początku wszystkiego do redakcji Gpunktu przyszedł mail o takiej treści:
„Witam bardzo serdecznie,
Nazywam się Seweryn Domagała, jestem członkiem kabaretu Chyba.
Chciałbym Państwa poinformować o czwartym wieczorze o charakterze kabaretowym z cyklu "Poligon kabaretowy". 11 marca we wrocławskiej klubokawiarni "Włodkowica 21" odbędzie się "IV Poligon kabaretowy", podczas którego wystąpią trzy dolnośląskie kabarety, prowadzić wieczór będzie wrocławski kabaret, a gwiazdą wieczoru będzie finalista PAKI. W załączniku przesyłam notatkę prasową o tym wydarzeniu oraz plakat i zdjęcie gwiazdy wieczoru.(...) Byłbym bardzo wdzięczny za zainteresowanie i wykorzystanie informacji zawartych w mailu.”
Seweryn najwyraźniej nie wiedział, kto stoi za tym portalem, ale nic dziwnego w tym nie ma, wszak stopka redakcyjna skrzętnie ukrywa takie informacje przed wzrokiem niepożądanych osób. W każdym razie odpowiedź była jak następuje:
„Witaj,
Z tej strony Lechu, może mnie kojarzysz z dziennikarstwa. Bardzo chętnie wsparłbym Waszą inicjatywę, ale, niestety, nijak nie mieści się w profilu napuszonego portalu Gpunkt.pl. Jako że razem studiowaliśmy, brałeś udział w Gpunktowym Śniadaniu Mistrzów, mogę Ci zaproponować innego rodzaju promocję - wywiad z Tobą. Temat: dlaczego obiecujący dziennikarz, bardzo sprawny w sztuce wywiadu, wycofał się z tej działalności i zajął się kabaretem. Bo być może się mylę, ale chyba nie zajmujesz się obecnie aktywnym dziennikarstwem...
Odezwij się, jeżeli jesteś zainteresowany. Mam tylko nadzieję, że kryje się za tym jakaś historia, albo do momentu naszej rozmowy takowa story powstanie.”
Z ewidentnego kolesiostwa i pisania o inicjatywach własnych znajomych powstała momentami autentycznie ciekawa rozmowa o granicach kompromisu i wyborach życiowych młodego człowieka z Talentem. Najpierw rozmawialiśmy...
...o miesięczniku „Odra”
(Po przeprowadzce do Wrocławia – przyp. LM) kompletnie nie wiedziałem, co to jest „Odra”. Dalej za bardzo nie wiem, zdaje się, że ma jakieś związki z literaturą...
...o wyborze studiów
Jeden z kolegów powiedział mi, że trudno się dostać na te studia, ale jeszcze trudniej z nich wylecieć. Na razie sprawdza się to w 100%.
...o dziennikarstwie kulturalnym
Satysfakcję z tego miałem zawsze. Jakbym nie miał satysfakcji, to sprzedawałbym nabiał w Biedronce.(...) Z drugiej strony, kiedy zacząłem poznawać kolejne dziedziny sztuki, to troszkę mnie przytłaczała ilość informacji, które musiałem posiąść, żeby móc konstruktywnie krytykować pewne rzeczy.(...) Skupiłem się na wywiadach, które jakoś mi tam wychodziły i były najmniej ograniczającą formą sztuki dziennikarskiej. Pisałem do tygodników lokalnych, do Relaza, opublikowano mi też rozmowę z Krzysztofem Globiszem w „Machinie”.
...o wywiadach z gwiazdami popkultury
Wywiady z gwiazdkami popkultury były po części wyborem podyktowanym kosztami finansowymi. Najczęściej bodźcem do przeprowadzenia był przyjazd np. Natalii Kukulskiej do klubu w Świdnicy, w której mieszkam. Bardziej fascynowały mnie rozmowy z Krzysztofem Globiszem czy Tymonem Tymańskim(...) ale trzeba robić wywiady ze znanymi osobami, bo wiadomo, że to łatwiej sprzedać, niż rozmowę z Tomaszem Stańko czy Michałem Urbaniakiem. Jest łatwiej się przebić.(...) Jarało mnie też, że mogę powiedzieć Gosi Andrzejewicz, iż większość jej rymów to czyste disco polo, a ona o melodii i aranżacji nie ma zielonego pojęcia.
...o rezygnacji z dziennikarstwa
W pewnym momencie odkryłem (źle to brzmi, ale jakoś to trzeba ująć, więc powiedzmy, że odkryłem), iż krytykowanie gwiazd podczas rozmowy w takim stopniu, w jakim oczekuję, w żadnym medium nie ma miejsca. Np. w „Machinie” pojawił się wywiad Piotra Metza z Dodą, w którym on zadał 2-3 pytania takie, jakie lubię, czyli ostre, a reszta była uzupełnieniem sesji zdjęciowej.
Później doszliśmy do sedna. Klasycznego sedna.
Lech Moliński: Z czego wynikało Twoje przejście do kabaretu?
Seweryn Domagała: Jest bardzo dużo wątków, ograniczę się do tego, że do dziennikarstwa zniechęciło mnie użeranie z redaktorami o publikację artykułu w wymarzonej przeze mnie formie. W międzyczasie pojechałem na Festiwal Kabaretu do Zielonej Góry, gdzie spałem za darmo, jadłem za darmo i jeździłem taksówkami też właściwie za darmo. Bardzo mi się podobało, że jako dziennikarz zostałem tak potraktowany. Z drugiej strony zaczynałem wtedy postrzegać kabaret jako zjawisko artystyczne, zafascynowało mnie to. Zaistniały ku temu sprzyjające okoliczności – mój kolega Piotrek (Gumulec – przyp. LM), którego brat występował w kabarecie Nie My, ciągle podrzucał mi do rozpatrzenia ideę założenia kabaretu. Nasz kolega Maciek Gliński, który co prawda jest anty-kabaretowy, choć ostatnio się przekonuje, pasował „twarzowo” do kabaretu, mówiąc najkrócej. Wkrótce postanowiłem porzucić dziennikarstwo na rzecz właśnie kabaretu, ponieważ wielu twórców kabaretowych sugerowało mi, że nie da się robić kabaretu nie skupiając na nim 100% uwagi. Jako naiwny, głupi, młody człowiek zawierzyłem i rzuciłem wszystko. Rzeczywiście nie da się tego łączyć? Mimo wszystko się staram, bo prowadzę bloga o kabarecie (www.kabaret.blox.pl), w którym na bieżąco informuję o największych imprezach kabaretowych, ewentualnie pojedynczych występach, chałturach kabareciarzy, bo oni też chałturzą – i to bardzo!
Skoro chałturzą, to znając Twoje wcześniejsze doświadczenia, domyślam się, że pozwalasz sobie na uszczypliwe komentarze pod ich adresem?
Jak najbardziej, po to jest ten blog. Mogę na nim wyrażać swoje subiektywne opinie i korzystam z tego, chociaż teraz już rzadziej...
Czemu? Czyżbyś stał się częścią środowiska?
Tak, to było nieuniknione. Przez pierwsze cztery miesiące prowadziłem zapiski anonimowo, ale szybko do artystów zaczęły docierać informacje, że jest coś takiego w sieci. Wtedy zaczęło się śledztwo: kto prowadzi tego bloga?. Dowiedziała się jedna, dwie osoby, a później już poleciało.
Wyszło na jaw, że te komentarze są Twoją sprawką. Złagodniałeś?
Spotykam się z opiniami, że złagodniałem i największym moim minusem jest to, że poznałem za dużo ludzi.
Nie ma w tym pewnego paradoksu? Od dziennikarstwa odstręczały Cię m.in.: kompromisy i ograniczenia redaktorów. W tym przypadku sam się cenzurujesz – kabareciarze chałturzą, ale nie wypada tego skrytykować, bo to koledzy?!
Spodziewałem się, że będzie to nudna rozmowa. Tym bardziej się cieszę, że jest ostro, bo tylko takie wywiady powinny się ukazywać. Choć nie jestem znany, to może jakiś fermencik się wznieci wokół publikacji (śmiech). Wracając do pytania – jest w tym jakiś paradoks. Jeżdżąc na wywiad z Gosią Andrzejewicz czy Robertem Friedrichem z Arki Noego, mogłem sobie pozwolić na krytykę ich działań. Miałem tę łatwość, że nie musiałem ich na co dzień widywać – poświęcali mi 20 minut po koncercie, później wszystko odbywało się drogą mailową, ewentualnie telefoniczną. Kabareciarzy widuję raz na miesiąc, raz na dwa miesiące, poznałem ich przez to bliżej. Nie byłbym sobą, gdybym nie krytykował pewnych rzeczy. Natomiast wiem, że jako początkujący kabareciarz nie mam całej wiedzy odnośnie kabaretu. Jestem na takiej pozycji, że z krytyką muszę być ostrożniejszy. Tworząc z kolegami własny kabaret postawiłem się w sytuacji, kiedy próbuję być po obydwu stronach barykady.
Jak krytykować innych za chałturzenie, kiedy samemu występuje się w Multikinie? Multipleks to nie jest naturalna przestrzeń dla kabaretu.
Musielibyśmy się zastanowić nad definicją chałtury. Na pewno będzie nią poprowadzenie wyborów Miss Polski.
Dostajecie taką propozycję. Przyjmujecie?
Wiesz co, interesujemy się tym. Na razie nie mieliśmy takiej propozycji, choć występ w pizzerii mamy za sobą, ale pocieszamy się tym, że było to o czternastej, mogliśmy spokojnie zdążyć na „Fakty” i z nami występował Artur Andrus. Wspomniane prowadzenie wyborów Miss Polski jest stuprocentową chałturą. Ostatnio dostaliśmy propozycję, aby poprowadzić pokaz mody w jednym z wrocławskich centrów handlowych. Jako że nie próbowaliśmy czegoś takiego, zastanawiamy się, czy nie byłoby warto podjąć wyzwania.
Na zasadzie rozsadzenia imprezy od środka?
Są dwie opcje: albo prowadzimy i występujemy, albo tylko i wyłącznie występujemy. Jest to kuszące, żeby sprawdzić jak daleko można posunąć się na scenie między Deichmannem, a Pimkie i poużywać sobie na ludziach, którzy przychodzą na taki pokaz, ewentualnie na organizatorach. Zawsze w podobnych sytuacjach staram się zastrzec stuprocentowy wpływ na scenariusz. Organizatorzy narzucają tylko pewne ramy. My odpowiadamy za scenariusz i staramy się jak najmniej skurwić podczas takiego występu. Takie postawienie sprawy przez nas czasami zniechęca organizatorów, czasami wywołuje ciekawe rozmowy na ten temat.
Ale to jest podobne jak w dziennikarstwie ścieranie z ludźmi, którzy chcą Was zatrudnić.
W czasie mojego dziennikarzowania/wywiadowania pozwalałem sobie na krytykę tekstów Gosi Andrzejewicz. Wtedy ona miała argument, że przecież sam nie piszę tekstów, nie znam się na melodii, natomiast ją krytykuję. Tymczasem w kabarecie muszę najpierw spróbować tej chałtury, żeby później móc krytykować z tego powodu. Nie wiem, czy jest mi to potrzebne, ale dzięki temu można też zarobić pieniądze. A wiadomo, że kiedy brakuje występów, kabaret może przestać istnieć. Jeśli pokochało się kabaret, tak jak ja pokochałem, że będę górnolotny, to trzeba dbać o zespół. Jesteśmy też zmuszeni robić jak najwięcej rzeczy, z których są pieniądze, żeby móc pozwolić sobie na wyjazd na festiwal.
Kabaret CHYBA funkcjonuje już jakiś czas. Czy możesz powiedzieć, że udało się Wam odnieść sukces?
Korzystając z 30 sekund, pozwolę sobie powiedzieć, że podczas pierwszego roku naszej działalności dostaliśmy się do finału FAMY, wygraliśmy przegląd regionalny we Wrocławiu. Na finał nie pojechaliśmy, ale szczycimy się tym, że udało nam się dostać. W pewnym sensie sukcesem jest, że aktualnie prowadzimy dwie sceny we Wrocławiu. Jedna jest kameralna, tańsza z „młodym” kabaretem i nieznanym masowo, w klubie Włodkowica 21. Stworzyliśmy ją sami jako Kabaret CHYBA, z pomocą dwóch kabaretów. Nie będę wymieniał nazw, żeby nie robić im reklamy – sorry chłopaki! Tam robimy rzeczy, które nam się podobają. Pod hasłem Poligonu Kabaretowego, który w marcu odbył się po raz czwarty, kryje się czysta satysfakcja z występowania. Nie zarabiamy na tym, ale mamy frajdę, że możemy kształtować tak wieczory, jak chcemy. Pełna wolność. Nie jesteśmy ograniczeni, jak Gosia Andrzejewicz, chociażby targetem. I przez to szefostwo klubu jest zadowolone, i my jesteśmy zadowoleni, i publiczność też, gdyż przychodzi coraz liczniej. Dziś już wiemy, że więcej niż 130 osób nie wejdzie na Poligon. Następny wieczór najprawdopodobniej 22 kwietnia, a na nim wystąpi nawet siedem dolnośląskich kabaretów. Więcej informacji na bieżąco na www.poligonkabaretowy.pl.
Ostatnio pojawiła się opcja prowadzenia występów w Multikinie. Jest to interesujące doświadczenie i pewnie będziemy zdobywać kontakty, bo występować na scenie będą największe gwiazdy kabaretu. Tam przychodzi naprawdę wielu ludzi – liczba uczestników jest liczona w setkach, jakieś 500 osób każdorazowo. Dzięki temu mamy też możliwość stałych występów i przypominania publiczności, że działamy. Z prowadzenia sceny w Multikinie też mamy frajdę, bo możemy przygotowywać niespodzianki kabaretom podczas występów. Od spontanicznego odśpiewania przez publiczność „100 lat” na początku występu, po transparenty z wyznaniem miłości kabareciarzom, aż do wrzucenia staników na scenę. Przez rzeczone niespodzianki występy znanych kabaretów nie są już tylko „zwykłymi” występami.