
W piątek 10 lutego wrocławska Galeria Entropia zaprasza na kolejną odsłonę projektu "Gesty malarskie...

Poezja śpiewana to rodzaj muzyki, którą rzadko popularyzują media komercyjne. I nie dlatego, ...

Ucieczka nie jest rzeczą godną podziwu. Panuje powszechne przeświadczenie, że tych, którzy od...

Aktora, który swoją karierę zaczynał jako dziecięca gwiazda w Klubie Myszki Mickey nie można ...

Z dziełami klasyków - jak na wojnie i w miłości - wszystkie chwyty dozwolone. Wprawdzie nie b...

Umberto Eco czuje się jak ryba w wodzie we wszystkim, co wiąże się z teoriami spiskowymi. Czytelnicy...

Ktoś musiał złożyć doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewneg...

Najnowszy film Urszuli Antoniak otwiera ujęcie lecącego z góry strumienia wody, któreg...

Jak na latynoski romans przystało, na początku wszystko wygląda dosyć stereotypowo: dwójkę głównych, zakochanych w sobie bohaterów powieści Elsy Drucaroff „Kobiety z miasta Salta” różni praktycznie wszystko. Uwikłani w wojnę o niepodległość XIX-wiecznej Argentyny i podziały społeczne nie mogą być razem, ale to jeszcze nie znaczy, że nie spróbują.

„Bóg nosi dres” naprawdę. Jest byłym nauczycielem-chemikiem, mieszka na wsi, klnie i ogólnie rzecz biorąc ma swoje słabości. A że pomaga pewnemu chłopcu – to chyba tak z braku lepszego zajęcia. Książka Piotra Sendera skrywa jednak więcej, nie tylko boskich, niespodzianek.

Czytając nową książkę Marcina Rychlewskiego zastanawiałem się, do kogo właściwie jest ona skierowana. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że autor swoje wywody na temat semiotycznych aspektów muzyki rockowej opiera na wyjątkowo solidnej podstawie merytorycznej. Ma wiedzę zarówno z dziedziny antropologii kultury, semiotyki, jak i historii rock and rolla. Faktem jest również, że takich pozycji brakuje w polskim dyskursie naukowym. Tylko… no właśnie – dyskurs ten nie jest dla każdego, a sam fakt pojawienia się Rewolucji rocka na półkach księgarń każe domniemywać, że autor i wydawca chcą z nią trafić pod strzechy.

„Farby wodne” Lidii Ostałowskiej – reprezentantki „pionierskiego” pokolenia reporterów „Gazety Wyborczej” – witają czytelnika dwoma rozdziałami, które bez wahania można by nazwać kwintesencją reporterskiej percepcji świata.

Istnieją dwa rozdaje dobrych książek: te, które przyjemnie się czyta i te, których czytanie JEST czystą przyjemnością. Są też takie, które starają się dryfować gdzieś na obrzeżach którejś z tych kategorii i te ginące w morzu podobnych publikacji. W lekkiej beletrystyce te granice bywają bardzo płynne, a indywidualne oceny odbiorców często bardzo się od siebie różnią.