
Spektakl "I Ifigenia" w Teatrze im. Kazimierza Dejmka w Łodzi doskonale wykorzystuje performatywną s...

Wydaje się, że ciężko jest recenzować książki wyraźnie zabarwione światopoglądem autora, szczeg&oacu...

„Idy marcowe” to nie film historyczny, ale na wskroś współczesny. Jest i zdrada p...

Kapuściński podróżował po Azji i Afryce z Herodotem. Hugo-Bader przemierzał Rosję śladem dw&o...

Wspomniany inżynier Mamoń to bohater kultowego filmu Marka Piwowskiego „Rejs” , kt&oacut...

W piątek 10 lutego wrocławska Galeria Entropia zaprasza na kolejną odsłonę projektu "Gesty malarskie...

Poezja śpiewana to rodzaj muzyki, którą rzadko popularyzują media komercyjne. I nie dlatego, ...

Ucieczka nie jest rzeczą godną podziwu. Panuje powszechne przeświadczenie, że tych, którzy od...

Z dziełami klasyków - jak na wojnie i w miłości - wszystkie chwyty dozwolone. Wprawdzie nie b...

Ktoś musiał złożyć doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewneg...

Czwartek, pierwszy dzień Wrocławskiego Soundu, od rana nastrajał pozytywnie. Nawet teraz o 1:36, kiedy po zakończonym już koncercie piszę ten tekst, ciężko mi się z nim rozstać. Wszystko przez zespół, który pochwalił się niesamowicie wciągającym materiałem. Premierę płyty „Sova” zespołu Mikromusic z całą pewnością można nazwać wyznaczeniem nowej jakości i nakreśleniem dobrego kierunku muzycznego w Polsce.

W samym środku nieskończonego procesu digitalizacji i miniaturyzacji świata siedzę sam na swoim analogowym zamku, odgrodzony czarnymi płytami jak murami obronnymi przed całą tą nową technologią. Z nieukrywaną dumą biorę w ręce kolejną płytę, kładę w adapterze, trzydzieści trzy obroty, igła w dół i mój zamek rozbrzmiewa. Tym razem rozbrzmiewa John Porter w towarzystwie Leszka Chalimoniuka, Kazimierza Cwynara, Alka Mrożka i całą mocą pierwszej płyty zespołu - „Helicopters”.

Do miasta jazzu, Wrocławia, zawitał jazz skumulowany w jednej osobie. Pat Metheny. Przy tej okazji postanowiłem przysłuchać się nowemu wynalazkowi jednego z moich ulubionych twórców muzyki jazzowej. Artysta - geniusz, kompozytor, wirtuozer gitary. W tym roku zaskoczył mnie płytą zatytułowaną "Orchestrion". Tytuł zupełnie nie przypadkowo zmodyfikowany, tak jak Pata orkiestra, w której ludzi nie ma wcale.

Ma dwadzieścia dwa lata. Na koncie nagrody BRIT i NME. W 2007 roku zaczarowała brytyjską scenę muzyczną swoim debiutem "Made of Bricks". Kojarzona głównie z charakterystycznym londyńskim akcentem, Kate Nash powraca z drugim albumem "My best friend is you". Znowu przeklina, znowu wrzuca facetom i znowu śpiewa o relacjach damsko-męskich. I wreszcie jest wiarygodna.

Zaczęło się od przesłuchania kilku kawałków na myspace i lekkim podnieceniu w oczekiwaniu na koncert. Miałem nadzieję, że Niwea to nie tylko studyjny zespół (a niestety bywa tak często), ale też charyzmatyczna forma życia, która na swoje środowisko naturalne wybrała sobie scenę. Wszelkie wątpliwości i momenty zwątpień, których szczerze teraz żałuję, zostały przez duet Wojtka Bąkowskiego i Dawida Szczęsnego rychło rozwiane w niebyt.