
Lubię baseball, bo to jedyna okazja, kiedy czarny może zamachnąć się w stronę białego kijem i nie wywołać awantury – kwestia, wypowiedziana przez agenta FBI Ruperta Andersona (Gene Hackman) w pamiętnym „Mississippi w ogniu” (1988) Alana Parkera, wydobyta z mroków świadomości po seansie najnowszego filmu Clinta Eastwooda, nie dała już wepchnąć się z powrotem w otchłań niepamięci.

O tym, że klasyczny western się zdezaktualizował, wiadomo nie od dziś. Musiał kiedyś wreszcie nadejść kres nieustannego oddziaływania funkcji: propagandowej z jednej, ludycznej (zwłaszcza) z drugiej strony. Nadszedł czas kontrkultury, wraz z nią Wietnam i Watergate, o rewolucji obyczajowej nie wspominając. Jakżeby więc, wrzucając na przemiał do kontestacyjnej maszyny autorytety, staroświeckie poglądy, moralność i przekonania, nie rozprawić się z klasycznym westernem?