
Połów szczęścia w Jemenie Lasse Hallströma to film mogący sprawiać dość duży problem z jednoznacznym nazwaniem go dobrym, czy złym. Reżyser podjął ryzykowną próbę złowienia uznania widzów, proponując im poniekąd dość naiwny film, którego osią fabuły staje się otworzenia terenu wędkarskiego na jemeńskiej pustyni. Zdaje się jednak, że przynęta została połknięta, ponieważ stosunkowo duża część kinowej publiczności dała się uwieść zaproponowanemu przez twórcę światu przypominającemu dość absurdalną, ale w gruncie rzeczy całkiem uroczą bajkę.

Od kilku lat kariera Jima Carreya wyraźnie spowolniła. Jego filmy rzadko wchodzą na szczytu box office’u, a on sam zaczyna chyba zdawać sobie sprawę, że czasy, kiedy był jedną z najjaśniej świecących gwiazd Hollywood przeminęły bezpowrotnie. Być może dlatego pozwala sobie na coraz bardziej odważne projekty. Jednym z nich jest – leżący wciąż na półkach w USA, a wchodzący właśnie do polskich kin – „I Love You, Phillip Morris”. Dziwny to film, acz godny uwagi głównie ze względu na jedną najlepszych kreacji w karierze Carreya.

Kiedy trzy lata temu, pośrednio z powodu hollywoodzkiego strajku scenarzystów, ekranizacja „Pompei” – książki Roberta Harrisa – nie doszła do skutku. Roman Polański nie porzucił jednak chęci współpracy z brytyjskim pisarzem. Adaptując jego inną książkę, sprawił, że widz niemalże zapomniał o wcześniejszym filmie, któremu nie było dane trafić na ekrany. Najnowsze dzieło Polańskiego „Autor Widmo” właśnie nawiedza kina, a okrzyknięty „genialnym” reżyser przypomina, że nie wypowiedział jeszcze swojego ostatniego słowa.