
Bardzo drażnią mnie książki, z których okładek wrzeszczą hasła, przyrównujące autora do największych tuz światowej literatury. Doświadczenie uczy, że niezwykle rzadko tego typu bałwochwalstwo przekłada się na rzeczywistość. I podobnie jest w przypadku "Historii mojego upadku" napisanej przez debiutanta - Grzegorza Krzymianowskiego. Porównania do Houellebecqa czy Bernharda, na które pozwolił sobie wydawca, są niczym strzał kulą w płot, całkowicie chybione. Co gorsza narażają młodego pisarza na śmieszność, czyniąc z jego powieści jedynie marną podróbkę wielkich dzieł.