
Jacek Hugo-Bader należy do nieczęstej, a co za tym idzie – budzącej odczucia zgoła skrajne – kategorii reporterów-wyczynowców. Takich, co to przemierzą Chiny rowerem, z aparatem dyndającym na szyi, lub pojadą na Syberię łazikiem, tropiąc pasterzy reniferów. I zawsze wrócą. Nie dziwi więc charakter "Dzienników kołymskich" – to zapis podróży należycie awanturniczej (bo autostopem), okraszonej konieczną dawką „Baderowskiej” dosadności (Nieskończenie długim charknięciem zaciąga gila do gardła) i tchnącej autentyzmem wprost proporcjonalnym do niepohamowanego gadulstwa autora. Hugo-Bader podołał Chinom, podołał Syberii – w ciemno możemy więc założyć, że podoła także i Kołymie. Tej na wskroś współczesnej, choć siłą rzeczy naznaczonej łagrowym piętnem sowieckiego reżimu.

Kapuściński podróżował po Azji i Afryce z Herodotem. Hugo-Bader przemierzał Rosję śladem dwójki radzieckich dziennikarzy i ich futurystycznego Reportażu z XXI wieku. Smoleńskiemu w jego wyprawie towarzyszy natomiast zapomniana książka Amosa Oza –wygrzebana w nieistniejącej już księgarni, niewielkiego formatu, z anonimowym chasydem na okładce. Towarzyszy więc i nam – czytelnikom – podczas lektury reportaży o współczesnym Erec Israel. Polski reporter odbywa w nich podwójną wędrówkę: tę właściwą – ulicami jerozolimskiego Starego Miasta czy osiedli okupowanej Strefy Gazy – i tę wewnętrzną – śladem przeszłych refleksji izraelskiego pisarza.

„Farby wodne” Lidii Ostałowskiej – reprezentantki „pionierskiego” pokolenia reporterów „Gazety Wyborczej” – witają czytelnika dwoma rozdziałami, które bez wahania można by nazwać kwintesencją reporterskiej percepcji świata.

Jest to książka o pamięci, o cierpieniu i nienawiści – napisał Ryszard Kapuściński w przedsłowiu pierwszego wydania zbioru reportaży Pawła Smoleńskiego. Czytając „Pochówek dla rezuna” – opowieść o polsko-ukraińskim konflikcie spod znaku Wołynia i Zawadki Morochowskiej – trudno się z autorem „Cesarza” nie zgodzić. Trudno zaprzeczyć, że opisana przez Smoleńskiego z reporterską beztronnością krzywda w gruncie rzeczy dzieje się nadal. Obcujemy w tym wypadku ze szczególnym typem historycznej pamięci. Tym dotkliwszej, bo żywej mimo upływu lat i symbolicznych gestów pojednania. Tym trudniejszej, bo uwzględniającej głosy obu stron konfliktu – bez jednoznacznego podziału na katów i ofiary.

Literatura popularna wszelakiej maści jest zjawiskiem czysto koniunkturalnym. Mamy boom na teorie spiskowe, kody, szyfry i symbolikę wolnomularską – naród czyta Browna. Łakniemy międzygatunkowej miłości idealnej w wydaniu wampirycznym – naród (a przynajmniej żeńska jego część) sięga po „Zmierzch”. Upodobania masowego odbiorcy są tyleż niestałe – bo zależne od zewnętrznych uwarunkowań, których racjonalnie wyjaśnić nie sposób – co intensywne ponad miarę. Oprócz niezawodnych powiastek o wampirach i kryptospiskach fala czytelniczych uniesień pochłania dziś także skandynawski kryminał. Przodują, nie wiedzieć czemu, Szwedzi – a Stieg Larsson jest tu potężnym, lecz tylko jednym z wielu graczy.

Rodzina Maciągów zorganizowała sobie niedzielę – w środę. W lokalu „Pan Smak”, gdzieś pomiędzy konsumpcją kalifornijskiego słonecznika w pizzy „Tina”, a dyskusją o redukcji etatów w sprywatyzowanych zakładach sprzętu komputerowego. Wspomniana niedziela zdarzyła się w środę, 2 marca 1994 roku. Opisał ją i opublikował najpierw w prasie, potem w książce, ówczesny reporter, późniejszy prezenter, aktualny czechofil. Dziś zapewnia na okładce literackiego wznowienia: to już historia.

W Chinach życie jest tanie – stwierdza jeden z rozmówców Liao Yiwu, notabene: kierownik szaletu publicznego. Powyższy epitet nabiera w książce chińskiego dziennikarza, poety, a nade wszystko opozycjonisty wydźwięku podwójnie groteskowego. „Prowadzący umarłych” – czyli zbiór 28 wywiadów z przedstawicielami społecznego marginesu współczesnych Chin – pokazuje bowiem dobitnie, jak nisko ceni się w Państwie Środka ludzką egzystencję.

Książkę Agnieszki Wójcińskiej – będącą zbiorem wywiadów ze współczesnymi polskimi reporterami i reporterkami – można by uznać za swoistą mini-antologię gatunku. Autorka tworzy bowiem selektywne zestawienie najgłośniejszych ostatnimi czasy postaci reporterskiego środowiska, wzbogacone fragmentami ich najciekawszych tekstów.

Bez żalu pozostawiam wielokropek niedomknięty – czytamy w wierszu otwierającym poetycki tomik Ewy Żak. To zapowiedź siedemdziesięciu liryków, będących refleksyjną podróżą po meandrach codzienności – tej bliskiej, namacalnej, lecz równocześnie wykraczającej poza tradycyjne pojmowanie czasu i przestrzeni. „Szeptem obok” w gruncie rzeczy nie ma początku ani końca, choć właśnie początku i końca – w kontekście ludzkiego losu – dotyczy.

Część pierwsza i trzecia to świadectwa ocalonego. Druga dotyczy ciałobójstwa. W czwartej czytamy o Najświętszym Sakramencie (dla wielu ważniejszym od ludzkiego istnienia), w piątej natomiast – o szkole, która nie zdążyła być szkołą. Część ostatnia pozostawia czytelnika z opisem turystów, zażywających pierwszego wiosennego słońca na tle grobów ofiar holocaustu. Sześć elementów makabrycznej układanki i jeden wspólny obraz – obraz eksterminacji. Skończone – pisze Wojciech Tochman na ostatniej stronie swego najnowszego reportażu. Kto przeczyta „Dzisiaj narysujemy śmierć”, będzie jednak wiedział, że o końcu nie może być mowy.
Strona: 1 z 2 | 2 »