
Artyści zawsze sięgali po wszystko, co mieli w zasięgu ręki, oczu i – najczęściej głodnego – żołądka. Kiedyś pisali paszkwile na nielubiące ciężkiego prowadzenia mężatki, później stwierdzili, że talent literacki jest więcej wart od solidnego wykształcenia i znajomości ekonomii, więc poeci/prozaicy/dramaturdzy na czoło narodu (a ja naprawdę chciałbym zobaczyć kiedyś naród, który jak jeden mąż idzie do teatru na awangardową, zaangażowaną sztukę. O ile są zaangażowane sztuki awangardowe). Dzisiaj przenieśli się do Internetu, pokazując, że żyją, ale – łaskawie – ustępują nam miejsca na tronie. Na pytanie, czy można na nim usiąść, przezornie nie odpowiadają. Pochłania ich kwestia, czy ktoś zauważa, jak nisko ten tron stoi.

Jest taki angielski serial pt. „Skins”. Gdyby wierzyć temu obrazowi, życie nastolatków na Wyspach Brytyjskich sprowadzałoby się tylko i wyłącznie do picia, ćpania i seksu. A to wszystko w imię wartości przekazanych nieświadomie przez rodziców wychowanych w końcówce rewolucyjnych lat sześdziesiatych. Biorąc się za lekturę książki „Nie uderzy żaden piorun” - debiutu młodziutkiej autorki - Dominiki Ożarowskiej, byłem przekonany o podobieństwie do wyżej wymienionego serialu. Myliłem się, ponieważ według pisarki polscy nastolatkowie to nudziarze - bunt zdechł i zostają tylko rozmowy o niczym. Smutne, ale trafione.

„Wolałbym nie” to fraza, którą wypowiada bohater tekstu Hermana Melville’a i obsesyjnie wręcz powtarzana mantra, jaka tkwiła w głowach dwunastu młodych polskich pisarzy, którym Korporacja Ha!art zadała zadanie domowe, mające być próbą swobodnego nawiązania do tego specyficznego zdania, w którym ukrywa się świadectwo buntu i sprzeciwu, a z drugiej strony duża bierność, brak asertywności i wieloznaczność.