
Związki między nowymi mediami a teatrem z biegem czasu coraz bardziej się zacieśniają. Telewizja, Internet oraz sztuki performatywne, złączone nierozerwalnym uściskiem, inspirują współczesnych artystów, pozwalając lepiej poznać kontekst i otoczenie, w jakich przyszło funkcjonować człowiekowi XXI wieku.

Jeszcze nie tak dawno nikt nie był w stanie przewidzieć, co stanie się z muzyką w roku 2012. Po długim okresie chwały płyt winylowych i gramofonów jako jedynych nośników muzyki, nadszedł czas kaset magnetofonowych, które zostały wyparte przez bardziej skomplikowane technologicznie płyty CD, które jeszcze później sformatowano do plików mp3… Zdobywanie i przesłuchiwanie muzyki z roku na rok zajmuje już coraz mniej wysiłku, czasu, czy pieniędzy.

Artyści zawsze sięgali po wszystko, co mieli w zasięgu ręki, oczu i – najczęściej głodnego – żołądka. Kiedyś pisali paszkwile na nielubiące ciężkiego prowadzenia mężatki, później stwierdzili, że talent literacki jest więcej wart od solidnego wykształcenia i znajomości ekonomii, więc poeci/prozaicy/dramaturdzy na czoło narodu (a ja naprawdę chciałbym zobaczyć kiedyś naród, który jak jeden mąż idzie do teatru na awangardową, zaangażowaną sztukę. O ile są zaangażowane sztuki awangardowe). Dzisiaj przenieśli się do Internetu, pokazując, że żyją, ale – łaskawie – ustępują nam miejsca na tronie. Na pytanie, czy można na nim usiąść, przezornie nie odpowiadają. Pochłania ich kwestia, czy ktoś zauważa, jak nisko ten tron stoi.

Dziś, gdy chcę poczytać o kinie, nie wiem od czego zacząć. Blogi recenzenckie, portale social-filmowe, rankingi, rekomendacje oparte na przeróżnych algorytmach, videorecenzje na YouTube, fora dla kinomanów – lista wydaje się nie mieć końca. Niegdyś ocenianie i rekomendowanie filmów należało do krytyków i dziennikarzy filmowych, dziś – jest domeną każdego z nas. Czy to dobrze?