
Danny Boyle, opromieniony sukcesem „Slumdoga”, wypuszcza na ekrany swój nowy film. Oczy całego filmowego świata skierowane są właśnie na niego, a ten… odnosi zwycięstwo. W „127 godzinach” granica między kinem artystycznym a komercyjnym, jest wąska niczym międzyskalne szczeliny kanionu Blue John. Emocji jest więcej niż w niezłym thrillerze, a tempo zachowuje poziom właściwy dla porządnej sensacji. A przecież mowa o filmie, opowiadającym historię 127 godzin spędzonych z ręką przygniecioną głazem.

Obojętność wobec „Czarnego łabędzia” Darrena Aronofsky’ego jest niemożliwa. Reakcją na to mocne, bezkompromisowe i gęste od emocji kino, może być tylko albo pełna akceptacja albo skrajne odrzucenie. Jeśli ktoś spodziewa się zobaczyć piękny i kolorowy świat baletu, seans może sobie odpuścić. Twórca „Pi” potwierdza, że najciekawiej jest tam, gdzie najtrudniej zajrzeć – za kulisami.

Nagród, przyznawanych w dziedzinie kultury jest w naszej okolicy mnóstwo. Przyznają je środowiska artystyczne, struktury samorządowe, publiczność. Nagradza się muzyków, aktorów, docenia sztuki plastyczne i filmowe, wyróżnia dobre i ważne książki. My również, co roku przyznajemy nasze wyróżnienia – „Szczyty Kultury” dla najlepszych pozycji kulturalnych minionego roku. Dziś prezentujemy nominacje w kategorii FILM.

Świat się zmienia, kino z nim? Skoro na woltę w tonacji swoich filmów mogli zdecydować się Ken Loach (Looking for Eric), czy Mike Leigh (Happy-Go-Lucky), to dlaczego nie miałby tego zrobić Fatih Akin? Społeczeństwu straszonemu „kryzysem” i globalnym ociepleniem, trochę relaksu się przecież przyda. Twórca „Głową w mur” wszedł jednak na wyjątkowo śliski lód. Bliski spektakularnego upadku, ostatecznie zdołał utrzymać równowagę. Komedia, niczym lodowisko, okazała się być gruntem nieprzyjemnym.

O filmie „Pozwól mi wejść” Matta Reevesa powinno się napisać tyle, że właśnie wszedł na ekrany polskich multipleksów. Utrzyma się na nich pewnie kilka tygodni, swoje zarobi. Tyle. Po co bowiem powielać to co napisało się już na temat szwedzkiego pierwowzoru? Zaznaczyć, że Amerykanie ani niczego spektakularnie nie spieprzyli, ani też nie pchnęli całości w stronę filmu określanego mianem bardzo dobrego? No to zaznaczam.

Rezygnacja z ekranizowania „Hobbita” na rzecz ambitniejszych projektów, w tym „Nostalgii anioła”, Peterowi Jacksonowi może odbić się czkawką. Choć próby zmiany stylistyki filmów zazwyczaj wychodziły twórcy „King Konga” na dobre, to tym razem spektakularnie się potknął, oferując widzowi coś dotychczas w jego filmach niespotykanego – nudę, nijakość i banał.

Zmęczeni równie powszechną, co niezrozumiałą konwencją traktowania krytyki filmowej jak konfekcji, gwiazdkami, kciukami i ptaszkami, postanowiliśmy zaproponować naszym czytelnikom nową formułę recenzji w naszym portalu. W cyklu DWÓCH (a czasem dwie, lub dwoje) NA JEDNEGO będziemy prezentować wam dwie recenzje tego samego filmu popełnione niezależnie przez dwóch naszych dziennikarzy. Mamy nadzieję, że umożliwi to konfrontację punktów widzenia, uwypuklenie różnic w odbiorze i, szeroko pojęty, krytyczny ferment. W pierwszym natarciu Mateusz Kowalski i Dariusz Żak stają naprzeciwko nowego filmu Jasona Reitmana „W chmurach”.

Ikona popkultury, mająca rzesze fanów na całym świecie; człowiek, który popularyzując kino, jednocześnie dokonuje na nim zbrodni; wizjoner; czy może raczej cynik, wykorzystujący sprzyjającą koniunkturę i naiwność widzów? Manipulację publicznością opanował do perfekcji, wznosząc się na twórczy piedestał, z którego nie jest w stanie strącić go każdy kolejny, coraz słabszy film. Wasz ukochany Tim Burton.