
Kilkanaście lat temu, w jednym ze swoich tekstów, Zygmunt Kałużyński zwrócił uwagę na – powtarzające się z zadziwiającą regularnością w historii kina – profetyzujące postawy krytyki i apologetów co i rusz powstających nurtów, wieszczące koniec klasycznego westernu. Ten tymczasem – zaspokoiwszy potrzeby narodowe, konsolidując społeczeństwo amerykańskie w zgodzie z ekranową, tworzoną na bieżąco mitologią – trwał w najlepsze przez kolejne dziesięciolecia. Bezprecedensowe (w skali światowej) oddziaływanie specyficznej ikonografii szło w parze z powtarzalnością narracyjnych schematów, które publiczność ukochała ponad wszystko.

Lubię baseball, bo to jedyna okazja, kiedy czarny może zamachnąć się w stronę białego kijem i nie wywołać awantury – kwestia, wypowiedziana przez agenta FBI Ruperta Andersona (Gene Hackman) w pamiętnym „Mississippi w ogniu” (1988) Alana Parkera, wydobyta z mroków świadomości po seansie najnowszego filmu Clinta Eastwooda, nie dała już wepchnąć się z powrotem w otchłań niepamięci.