
Mohamet ma dość bycia muzułmaninem, dość rodzinnych spotkań i wspólnych modlitw. Irytują go zasady, jakie rządzą jego światem i oczekiwania rodziny, jakim musi sprostać. I chociaż bardzo kocha swoja matkę, jej też ma dość. Mohamet chce się zmienić. Chce mieć dom w eleganckiej dzielnicy, seksowną kochankę, nawet dwie. Chce mieć święty spokój i barek, w którym zawsze będzie stała butelka dobrej whisky. Tak rozpoczyna się książka „Życie seksualne muzułmanina w Paryżu” Leïli Marouane.

Co robimy, kiedy się nudzimy? Palimy papierosy, czytamy książki, idziemy na piwo. Oglądamy filmy, spotykamy się z przyjaciółmi lub spotykamy się z przyjaciółmi aby pić piwo, palić papierosy i oglądać filmy. Niektórzy jednak, tak jak główny bohater powieści „Paryski ekspres” - mordują. A potem wertują gazety w nadziei, że najdzie się tam chociaż wzmianka o ich bestialskim czynie.

„Klaudyna w Paryżu” to druga odsłona przygód małej gorszycielki, którą pokochała Francja początku ubiegłego wieku. To także jeszcze więcej śmiechu, wdzięku i towarzyskiego flirtu, okraszonego solidną porcją pieprzyku. Colette wysyłając swą „podopieczną” do stolicy rozpusty dolała symbolicznej oliwy do ognia - ale cóż to był za ogień!

Najpierw była Barcelona, teraz Paryż. Woody Allen najwyraźniej świetnie się czuje, kręcąc filmy w europejskich stolicach. Ich klimat sprzyja przecież twórczemu myśleniu, co można zaobserwować na przykładzie bohatera najnowszego O północy w Paryżu. Aż chce się głośno zapytać, do którego kraju reżyser następnym razem zawędruje z ekipą filmową.

Ilekroć myślę o Paryżu przed moimi oczami stają anonimowe kamienice usytuowane gdzieś na obrzeżach powszechnego wyobrażenia o tym mieście. Próżno ich szukać w popularnej ikonografii. Nie mają historii, są osobne i odstręczające. Istnieją z dala od oficjalnego życia miasta. Służą za schronienie dla wyrzutków i samotników, którzy w ich ścianach hołdują własnym obsesją.

Tuż po ukazaniu się „Par” w roku 1968 wielu krytyków określiło powieść Johna Updike’a mianem skandalicznej, zbyt naturalistycznej, w której z przesadną dokładnością autor opisuje łóżkowe zmagania bohaterów. Seks uprawia się w niej we wszelakich układach, rozmaitych okolicznościach i przy milczącej aprobacie społeczeństwa. Na początku XXI wieku, w dobie MTV i YouTube’a to, co jeszcze szokowało niespełna 50 lat temu, teraz zdaje się być mdłym daniem, w którym nijak nie doszukamy się pikantności. I dobrze. Dzięki temu na pierwszy plan wychodzą inne walory książki.

Miłość fascynuje i przyciąga ludzi niebezpiecznie, kusząc niczym Ewa zielonym jabłkiem. Co jednak, jeśli smak owocu nas rozczaruje, nie do końca spełni nasze oczekiwania? Czy odważymy się spróbować czegoś innego czy uparcie zaczniemy połykać kolejne jabłka w nadziei, że smak któregoś z nich nas zadowoli? Przed takim dylematem stoją właśnie bohaterowie dramatu Andrew Bovella - „Nie do pary” - wyreżyserowanego przez Agnieszkę Olsten.

Naprawdę nazywał się Marcel Mangel. Ten jeden z najznakomitszych współczesnych mimów, określany przez wielu mianem poety gestu, w młodości w przebraniu skauta przeprowadzał dzieci przez szwajcarską granicę. Stworzył postać Bipa – klowna z charakterystycznym kapeluszem i kwiatkiem, następcy Arlekina i Pierrota, a jego chód naprzeciw wiatru zainspirował słynny moon-walk Michaela Jacksona. W jednym z wywiadów stwierdził: Mam uczucie, że zrobiłem dla pantomimy to, co Segovia dla gitary, a Casals dla wiolonczeli. I miał rację.