
Z napisaniem felietonu o dubstepie i jego obecnej pozycji nosiłem się już dawno, niespodziewanie w sukurs przyszła mi lista na pewnym portalu muzycznym. Lista, na której znaleźli się "szkodnicy muzyki elektronicznej", w tym kojarzeni przez masy z dubstepem Skrillex i Deadmau5. Wojnom w komentarzach nie ma końca, widocznie niektórzy fakt, że David Guetta robi, delikatnie mówiąc, gównianą muzykę, przyjmują jak obelgę.

Śmieszna sprawa z tym swagiem. Dzisiaj to słowo, którego nadużywają wszyscy, choć nikt tak naprawdę nie wie, co znaczy. Kiedy kilka lat temu pojawiało się w tekstach raperów z Young Money/Cash Money, kiedy Soulja Boy nieśmiało przebąkiwał o "podkręcaniu swagu", kiedy Gucci Mane błyskał złotem (z wiadomym słowem na ustach), wreszcie kiedy określano styl Lil B "rapem dla swagu" - nikt nie przykładał wielkiego znaczenia do śmiesznego, niedefiniowalnego w gruncie rzeczy terminu. 2011 rok obfitował w mixtape'y artystów, którzy "SWAG" wpisali sobie na sztandary. W takiej sytuacji wypada mi powołać się na najlepszą definicję tego słowa, która wyszła z ust nieocenionego Michaela Scotta z "The Office" - Stuff We All Get. A o tym, ile dostaliśmy w tym roku, najlepiej świadczy fakt, że najlepsze hip-hopowe albumy w tym roku to darmowe mixtape'y. Ale po kolei.

Po rankingu tegorocznych wideoklipów czas na właściwą część muzycznego podsumowania roku, czyli subiektywną listę najlepszych albumów wydanych w roku 2011, stworzoną przez członków działu muzyka G-punktu, czyli Martę Cwujdzińską, Jakuba Kasperkiewicza, Pawła Klimczaka, Jacka Ociepę i Kubę Żary.

Pisząc o postmodernizmie w muzyce będę zmuszony zachować się trochę jak Bartek Chaciński i Jaś Kapela w jednym z telewizyjnych programów śniadaniowych. Zapytani o hipsterów pięknie zepsuli zamiar prowadzących i zamiast łatwej definicji i prostej diagnozy społecznej zasugerowali, że nie tylko sprawa do najłatwiejszych nie należy, ale i podstawowe pojęcie i zjawiska wokół niego nie do końca są tym, czym się wydają. Mam nadzieję, że redakcja G-punktu mi wybaczy, bo z postmodernizmem w muzyce sytuacja jest dosyć podobna, począwszy od samego pojęcia.

Festiwale muzyczne to jeden z najlepszych sposobów spędzania wolnego czasu, jakie znam. Nieważne, czy festiwal odbywa się w lecie, czy jesienią, czy jest na piaszczystej plaży, czy na terenie dawnej fabryki, czy jest duży i bawi się na nim kilkadziesiąt tysięcy ludzi, czy jest bardziej kameralnie, a liczba uczestników dobija do kilku tysięcy. Tryb festiwalowego życia, choć wyczerpuje, to daje nielichą satysfakcję – począwszy od towarzyskich spotkań, na ofercie muzycznej skończywszy.

Czy gitara umiera? Przeglądając recenzje w najróżniejszych portalach, można dojść do wniosku, że w ostatnich latach zespoły hołdujące tradycyjnemu rockowemu instrumentarium nie są w stanie zdobyć się na albumy, jeśli nie uzyskujące rangę "klasycznych", to przynajmniej zachwycające.