
Nie chcę wyjść na bezdusznego typa, który pragnie się skąpać w posoce zarzynanych niewiniątek, ale czytając „Nazywam się Numer Cztery” Ting-Xing Ye mam wrażenie, że i do literatury (po)obozowej zakradł się Ronald MacDonald. Niby to syte i spaskudzone, ale przechodzi przez trzewia zbyt gładko.