
Nie mam pojęcia, czy jestem odpowiednią osobą do opisywania wrażeń z wrocławskiego festiwalu. W końcu generację ENH10 uważam za twór równie sztuczny, co pokolenie JP2 (Boże uchowaj nas od konkursowego filmu „Roman. Człowiek, który został dyrektorem”!). Za najbardziej nowohoryzontowe eksperymenty uważam stare projekty Godarda, a nocne szaleństwo przeżywałem raczej w klubie festiwalowym, aniżeli w kinie Helios. Nawet nieustannie goniąc białego królika przemykającego między wideoteką, Capitolem i hotelem Monopol zauważyłem, że „Gutkowa” impreza ulega intrygującym przeobrażeniom.