
To było w lipcu 2009 roku. Siedzimy z kumplem, słuchamy jego muzyki. Cały czas opowiada mi o jakimś gothicowo – metalowym bandzie, którego nazwa od pewnego czasu przemykała mi przez uszy – Nightwish. Kojarzyła mi się tylko z długowłosymi gimnazjalistami, którzy całe życie spędzają przed komputerem, grając w World of Warcraft. Z uprzejmości wysłuchałam kilka kawałków tego skandynawskiego zespołu... I wtedy stała się światłość. Nie przesadzam.

W dość zamierzchłej już przeszłości, kolega mój, notabene wspaniały trębacz, zainteresował mnie jazzem. Powiedział — stary, jest taki saksofonista — Shorter. Posłuchaj sobie, zacznij od Footprints live. No i zacząłem.

Doskonale depresyjny zespół powinien istnieć tylko parę lat, wydać kilka albumów za które nieliczni fani dadzą się pokroić. Powinien stać u podstaw innych zespołów, jednak nie tak dobrych, jak ten oryginalny.
I przede wszystkim, powinien tworzyć piosenki o miłości, nad wyraz banalne.

Wild Beasts to zespół, o którym Ania Gacek mogłaby powiedzieć, że z pewnością odmieni twoje życie.
No ale na poważnie: jeśli dwa lata z rzędu wydaje się płyty, o których wszystkie brytyjskie czasopisma (nie tylko NME) piszą w kategoriach rewelacji, to coś musi być na rzeczy. I jest to coś więcej, niż tęsknota za nowym The Libertines.

Już od pierwszych dźwięków muzyka zespołu Xiu Xiu ([ʃuː ʃuː], shoe-shoe) w niezmiernie oryginalny sposób potrafi zaniepokoić słuchacza. Mamy tu bowiem do czynienia z dotąd niespotykaną jakością, totalną dekonstrukcją linii melodycznej, składaniem utworów z elementów pozornie do siebie niepasujących. Intymny szept wokalu Jamiego Stewarta, od czasu do czasu przeradzający się w rozpaczliwy krzyk bólu, sprawia, że początkowo chce się jak najszybciej przerwać ten schizofreniczny spektakl i zapomnieć, że kiedykolwiek się coś takiego słyszało.

Nigdy nie przepadałem za Lao Che. Kto to słyszał, odcinać kupony od Powstańców. Umyślnie bojkotowałem koncerty. Do czasu piosenki o jabłoni i złowieszczych podszeptach. Jak już wpadła w ucho, to, drogi panie...