
… a potem niech się dzieje, co chce, chciałoby się dośpiewać. Bo śpiewka to stara, znana i nikomu nie trzeba jej przypominać. Najwyżej przyśni się gdzieś w okolicach ranka, kiedy dno umysłu już wie, że trzeba się obudzić, ale z zapałem godnym lepszej sprawy walczy z tą wiedzą jak z kolejnym smokiem. Podobnym do tego, który właśnie padł po żmudnej walce, bardziej epickiej od epiki. Na gruzach pozostaje tylko młody – koniecznie młody – śmiałek, który dokonał właśnie czynu, o którym bardowie będą śpiewać po wsze czasy.

Działo się w miniony weekend w Centrum Kultury „Zamek” na Leśnicy i to działo się sporo. Organizatorzy „Dni Fantastyki 2010” zapewnili swoim gościom istny zawrót głowy. Zaznaczę jednak, że w większości przypadków był to zawrót całkiem przyjemny, gdyż wywołany mnogością wydarzeń.

Do napisania tej recenzji zabierałem się długo. Nie żeby brakowało mi pomysłu. Nic z tych rzeczy. Koncepcje w mojej głowie rodziły się w ilościach niekiedy hurtowych, jednak nie takich wniosków z lektury się spodziewałem. Bo muszę się przyznać - Andrzej Sapkowski był, i zresztą nadal jest, jednym z moich ulubionych polskich pisarzy. Stąd też za żadne skarby świata nie chciałem przyjąć do wiadomości, że oto na pomniku pisarza wybitnego – za jakiego w moich oczach uchodzi łodzianin - pojawiła się rysa.

Zdarza się, że niektóre dźwięki zostają tak misternie utkane i poprowadzone, że wsłuchiwanie się w nie pozwala na chwilę zajrzeć na drugą stronę lustra, do krainy pełnej dziwów i niesamowitości. Tak właśnie jest z muzyką Owena Palletta, do niedawna tworzącego pod pseudonimem Final Fantasy. Już sama nazwa nadana początkowo jego solowemu projektowi przywołuje na myśl nieskrępowaną inwencję twórczą i bogactwo przeróżnych fantazmatów. Podczas swoich twórczych podróży Owen zespala sprzeczności, umiejętnie eksperymentując z tradycyjnymi formami i konsekwentnie flirtując z nowszym, elektronicznym brzmieniem.