
Siedzę w barze i udaje, że nie piję. Palę sobie. Jest niedziela i ukrop tak ogromny, że poważnie rozważam czy nie schować się lodówce. Myśli jawią mi się w głowie niczym miraże raju utraconego. Marzę o byciu kawałkiem zamrożonego ananasa, którym czule zajmują się usta, tak, same usta i oczy. Język delikatnie delektuje się moim ciałem, ciałem Pana Ananasa i jakby od niechcenia wędruję w tę i z powrotem.