
Opowieści o Polakach na emigracji, ukazujące ich ciężki los, materialno-tęsknotowe dylematy, rozczarowania wynikające z błędnych kalkulacji i nielojalności innych Polaków, w teatrze już były. Janusz Głowacki jeszcze w latach 80. oswoił nas z dramaturgicznie przetworzonym piekłem nielegalnej emigracji zarobkowej. Obecnie w uładzony i nieco bardziej afirmatywny sposób możemy obejrzeć życie pracujących za nieco bliższą granicą Polaków w serialach telewizyjnych. Czy jest coś więcej do pokazania? A może po raz kolejny skazani jesteśmy na podobne narracje oscylujące pomiędzy cyniczną makabreską a przekłamanym kiczem? Czy pesymistycznym osądem perspektyw rodaków za granicą można jeszcze kogoś poruszyć? Czy taka opowieść przemówi do tych, którzy nie wyjechawszy także doświadczają rozpaczy?

Nagród, przyznawanych w dziedzinie kultury jest w naszej okolicy mnóstwo. Przyznają je środowiska artystyczne, struktury samorządowe, publiczność. Nagradza się muzyków, aktorów, docenia sztuki plastyczne i filmowe, wyróżnia dobre i ważne książki. My również, co roku przyznajemy nasze wyróżnienia – „Szczyty Kultury” dla najlepszych pozycji kulturalnych minionego roku. Dziś prezentujemy nominacje w kategorii TEATR.

Najnowsza sztuka w reżyserii Jana Klaty jest wielkim krokiem do przodu. Tym razem mamy do czynienia nie tylko z widowiskiem scenicznym kompletnym aktorsko, scenograficznie, choreograficznie i muzycznie, ale też ze znakomitym tekstem, zawierającym ważne przesłania. Poprzednie niedawne realizacje, choć udane, nie dawały tego poczucia pełni, które sprawia, że widzowie podczas oklasków wstają z miejsc. Mgliste zjawy Piękna i Prawdy przybrały w „Utworze o matce i ojczyźnie” na tyle wyraźne kształty, że nie szukamy niczego więcej. Zresztą ten spektakl to samo Dobro.

Dosadny język, historyjki wydające się niegdyś bardzo śmiałe obyczajowo, widoczny u bohatera kompleks własnego żydostwa i niechęć do podążania utartą przez tradycje drogą, zaabsorbowanie seksem, nieskrępowane poczucie humoru – dla tych wszystkich pokus miłośnicy prozy Philipa Rotha zapewne nie przepuszczą spektaklu w Starej Prochoffni w Warszawie. Teatr Konsekwentny wystawia „Kompleks Portnoya” wiernie i z neofickim zapałem, jakby po świeżej lekturze z latarką pod kołdrą.

Teatr lalek kojarzy się z przedstawieniami dla dzieci, którym jak wiadomo łatwiej jest znieść obecność na scenie kukiełek niż aktorów. Z dorosłymi bywa inaczej – ekspresja ludzkich twarzy i ciał wydaje im się bogatsza niż sztucznych wytworów, konwencjonalnie ożywianych scenicznie, ale i tak mocno ograniczonych. O tym, jak bardzo mogą się mylić, łatwo się przekonać dzięki najnowszemu przedstawieniu Agaty Kucińskiej, jednej z najlepiej rozpoznawalnych aktorek Teatru Ad Spectatores. Dzięki lalkom spotęgowała artystyczną ekspresję i stworzyła jedyne w swoim rodzaju widowisko. Dodajmy, że przeznaczone zdecydowanie dla dorosłych.

Miłośnicy autorskich przedstawień Jana Klaty mieli nie lada gratkę. Dostali kolejne i jak poprzednie, pełne scenicznego rozmachu, zaskakujących wtargnięć i ustąpień, kostiumów z psychotycznego snu i gorzkiego posmaku zwyczajnych słów. Jeśli nie oczekiwali wiele więcej, to nie powinni czuć się rozczarowani.

Niespokojny teatr Heinera Müllera trafił na godnych realizatorów. Język „Szosy Wołokołamskiej”, chwilami prosty i rytmiczny, chwilami niezrozumiały i poszarpany, wymagał sprawnego wypowiedzenia na głos. Barbara Wysocka dodała mu jeszcze pomysłową oprawę i nie oszczędziła aktorom wysiłku znacznie wykraczającego poza głośnie mówienie. Efekt okazał się godny najlepszej artystycznie sceny w Polsce.

Dobra zabawa gwarantuje pełną widownię. Wiedzą o tym reżyserzy, którzy chcą teatrowi zapewnić kontynuację przedstawień przez długie lata. Mamy takie, doskonałe zresztą w swoim rodzaju, spektakle we Wrocławiu, ma je także i Poznań. Jednak nie zawsze ten rozrywkowy walor towarzyszy wybitnym, wielowarstwowym tekstom; częściej za materiał literacki służą farsy z wieloma drzwiami i humorem sytuacyjnym, który nie pozostawia po sobie nic, gdy przebrzmieją ostatnie oklaski. Teatr Nowy pokazał, że dramat Nikołaja Gogola daje się odczytać także na sposób farsowy.

Sztuka Różewicza w 1973 roku wyprzedzała nieco czas. Choć osadzona jest w odległej epoce, gdy w szlacheckim dworku państwo wyręczali się służbą, dotyczy problemów aktualnych i w PRLu, i dzisiaj. Wtedy wywołała skandal obyczajowy, Kościół ją wyklął, a autora oskarżano o perwersję. Dzisiaj, gdy łamane są rozmaite tabu, Różewicz nie może liczyć na takie nagłośnienie, choć trzeba przyznać, że Krystyna Meissner zrobiła wiele, by przedstawienie dało podstawę do mówienia o nim. Jest wizualnie nie do odparcia, a przy tym nie zniekształca oryginalnego tekstu, nakłania więc do wygłaszania pochlebnych opinii.

Znalezienie złotego środka pomiędzy treścią a formą nigdy nie jest łatwe, tym bardziej, że środek rzadko bywa złoty. Adaptowanie obszernej powieści do celów scenicznych może zakończyć się albo wielogodzinnym maratonem (jak w litewskiej inscenizacji „Idioty” Dostojewskiego podczas festiwalu „Dialog” w 2009 roku), albo wybiórczym pokazaniem niektórych wątków (jak w „Lalce” wystawianej przez TPl przy ulicy Zapolskiej). Artystyczny sens przedsięwzięcia w obu przypadkach ujawnia się w sposobie, w jaki ma scenie dokonano transgresji w stosunku do źródłowej prozy. W przedstawieniu stworzonym przez Krzysztofa Garbaczewskiego transgresja ta była znaczna, a wykorzystane środki – bardzo odległe od tych, które mogły w oczywisty sposób wynikać z lektury oryginału.
Strona: 1 z 3 | 2 »