
Jury Konkursu Filmów Polskich w składzie Anna Wydra, Cezary Harasimowicz, Jan Pelczar i Artur Pilarczyk miało bardziej usystematyzowane zadanie niż ich odpowiednicy oceniający produkcje zagraniczne, gdyż przyznawali nagrody i wyróżnienia osobne dla dokumentów, animacji i filmów fabularnych, a nie po prostu dla trzech najlepszych filmów ze wszystkich gatunków.

Trudno mi znaleźć słowa dla najnowszego filmu Barczyka. „Italiani” jest dziełem niejednoznacznym i spiętrzonym w sobie. W pamięci pozostały mi poszczególne kadry, które nijak nie chcą złożyć się na obraz całości. Istnieją obok siebie i na złość sobie. W mojej wyobraźni film przybiera kształt czarnego sadu, którego zieleń jest skąpana w cieniu i tylko gdzieniegdzie ponacinana jest promieniami słońca. Między drzewami wybrzmiewają echa Szekspira, ale jest jeszcze coś nieznanego i niepokojącego, co nadaje mu złowieszczy charakter. Nie mogę jednak oderwać od niego wzroku i moim jedynym pragnieniem jest wejrzeć do wnętrza sadu i dojrzeć jego owoce.

„Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł” Antoniego Krauzego należy do największych rozczarowań ostatnich lat w polskim kinie. Bezwstydnie pyszni się mianem ważnego, ambitnego i nowatorskiego komentarza do przeszłości naszego kraju, a w istocie mamy do czynienia z realizacją staroświecką, która tylko małpuje niekonwencjonalne rozwiązania.

Jak paradoksalnie by ta teza nie zabrzmiała, ośmielę się ją wypowiedzieć – wojna stała się bardzo wdzięcznym tematem filmowym. Wdzięcznym, bo dającym znakomitą możliwość wykazania się twórcom. Z drugiej strony także niezwykle trudnym, bo granice dobrego smaku są łatwe do przekroczenia. Patrząc w ten sposób, najnowszy film Feliksa Falka „Joanna” wypada solidnie, acz nierewelacyjnie. Bo z jednej strony to bardzo dobrze wyreżyserowany to film, z drugiej też konserwatywny formalnie i z dziurawym scenariuszem. Jest w nim jednak coś, co nie pozwala go łatwo wrzucić do worka z napisem „obejrzane-zapomniane” – kreacja Urszuli Grabowskiej.

W „Jestem twój” Mariusza Grzegorzka spotykają się przedstawiciele trzech klas społecznych. Bogate mieszczaństwo reprezentuje dentystka Marta (Małgorzata Buczkowska-Szlenkier). Mieszka w, wypełnionej sprzętami - symbolami młodych yuppies - eleganckiej posesji. Tej dogląda Artur (Mariusz Ostrowski), przedstawiciel plebsu przeżuwanego przez współczesny kapitalizm.

Geneza fabularnego debiutu Pawła Sali jest wspólna z jego dokumentami. Kilka lat temu prasa doniosła o matkobójczej zbrodni. Sprawcy trzymali pozbawione głowy zwłoki przez kilka dni w mieszkaniu. W końcu uciekli.

Czytając „Wzory małżeństwa i rodziny. Od tradycyjnej jednorodności do współczesnych skrajności” Lucjana Kocika czy „Historię seksualności” Michela Foucault, uświadamiamy sobie, jak młodą jest koncepcja utożsamiania małżeństwa z miłością. W systemie klasowym nie miały one ze sobą wiele wspólnego. Małżeństwo służyło poszerzaniu własności, hołdowaniu etykiety i utrzymaniu społecznych dysproporcji.

Mieszkańcy miejscowości Fytel żyją swoimi małymi dziwactwami: nieczynną stacją zawiaduje Luca (Dorota Pomykała), zastępując odprawianie pociągów lekturą „Anny Kareniny”; Romanek (Krzysztof Czeczot) hoduje marihuanę w ogródku starszej sąsiadki; Motylek (Elżbieta Romanowska) zaś, spędza czas na grze w piłkę nożną z dzieciakami, zamiast kusić atutami obfitej urody dojrzalszych chłopców. I nikogo to w Fytlu nie dziwi. Żeby poruszyć zakonserwowaną mikrospołeczność, w miasteczku musi pojawić się ekshibicjonista. Powołana Grupa Pościgowa zamiast do ujawnienia sprawcy, doprowadza do skojarzenia dwóch par.

Tegoroczny festiwal Romana Gutka we Wrocławiu odkrył zapomniane horyzonty twórczości Wojciecha Jerzego Hasa. Choć znakomita większość polskich kinomanów jednym tchem wymienia tytuły jego długometrażowych dzieł, gdy jednak słyszą nazwisko cenionego twórcy dopasowane do filmów „Ulica Brzozowa” czy „Nasz zespół” patrzą z politowaniem na mówiącego. Mało kto zna twórczość Hasa z okresu, w którym daleko jej było do miana wybitnej. Dzięki pełnej retrospektywie, poza zasadnymi pochwałami, dało się słyszeć również głosy zawodu.

Czteropiętrowy kombinat w formie krzyża solidną architekturą przypomina o swoim stuletnim rodowodzie. Korytarze biegną wzdłuż cel, w których koczuje ponad tysiąc osadzonych. Janusz Mrozowski zamknął się na dziesięć dni z siedmioma mężczyznami w klitce o powierzchni 15 mkw. Spędzał z nimi dwanaście godzin, dzień w dzień. Poznajmy „złych chłopców” z celi 425…
Strona: 1 z 3 | 2 »