
Umberto Eco czuje się jak ryba w wodzie we wszystkim, co wiąże się z teoriami spiskowymi. Czytelnicy mogą się tylko cieszyć, że autor „Imienia Róży” co jakiś czas przypomina o swojej obecności, udowadniając w ten sposób takim pisarzom jak Dan Brown, kto w tej dziedzinie rządzi.

Jak na latynoski romans przystało, na początku wszystko wygląda dosyć stereotypowo: dwójkę głównych, zakochanych w sobie bohaterów powieści Elsy Drucaroff „Kobiety z miasta Salta” różni praktycznie wszystko. Uwikłani w wojnę o niepodległość XIX-wiecznej Argentyny i podziały społeczne nie mogą być razem, ale to jeszcze nie znaczy, że nie spróbują.

„Bóg nosi dres” naprawdę. Jest byłym nauczycielem-chemikiem, mieszka na wsi, klnie i ogólnie rzecz biorąc ma swoje słabości. A że pomaga pewnemu chłopcu – to chyba tak z braku lepszego zajęcia. Książka Piotra Sendera skrywa jednak więcej, nie tylko boskich, niespodzianek.

Istnieją dwa rozdaje dobrych książek: te, które przyjemnie się czyta i te, których czytanie JEST czystą przyjemnością. Są też takie, które starają się dryfować gdzieś na obrzeżach którejś z tych kategorii i te ginące w morzu podobnych publikacji. W lekkiej beletrystyce te granice bywają bardzo płynne, a indywidualne oceny odbiorców często bardzo się od siebie różnią.

„Adibas” Zazy Burczuladze to opowieść o postkomunistycznych przemianach w Gruzji, widziana oczami młodego pokolenia. Pokolenia smutnych, znudzonych ludzi którzy nie tęsknią za przeszłością i nie myślą o przyszłości.

Realizm magiczny jest konwencją literacką na której niejeden współczesny pisarz połamał sobie pióro. Każdy, kto próbuje pisać w tym stylu, nie może uniknąć porównań z ojcami założycielami – Marquezem i Cortezarem, a od tego tylko krok do oskarżeń o powielanie pomysłów, tropów i rozwiązań fabularnych. Na realizmie magicznym najlepiej wychodzą ci, którzy szukają własnej ścieżki, dopasowując konwencję do fabuły, nie fabułę do konwencji. Tak właśnie postąpił Dmitrij Strelnikoff w „Złotych rybach”. I to był strzał w dziesiątkę.

Niewiele jest książek, które po lekturze pozostawiły mnie skonsternowaną i (jak przypuszczam) z niezbyt inteligentnym wyrazem twarzy. „Miłość na marginesie” Yoko Ogawy na pewno się do nich zalicza. Żeby wejść do świata przedstawionego w powieści trzeba przestawić się na inny rejestr, zapomnieć o tym, co było, a nie jest i zatracić się w subtelnym świecie uszu i palców.

Nie ma już bólu. Nie ma cierpienia. Wyeliminowano choroby. Strach przed zawałem, rakiem, czy jakimikolwiek wirusami zniknął na dobre. Życie jest wyjątkowo uporządkowane, wahania nie są dopuszczalne, a dzięki utartym zasadom postępowania ludzkość pozbyła się problemów wywoływanych przez nadmierne zastanawianie się nad błahymi sprawami. Świat jest idealny. Jedynym wyrzeczeniem, na które zdobyć mają się ludzie jest podporządkowanie się Metodzie. To ona, jako nieomylna i doskonała, została stworzona, by dbać o ich dobro. Panuje absolutny błogostan i wieczne szczęście. A przynajmniej tak mogłoby się wydawać.

Co robimy, kiedy się nudzimy? Palimy papierosy, czytamy książki, idziemy na piwo. Oglądamy filmy, spotykamy się z przyjaciółmi lub spotykamy się z przyjaciółmi aby pić piwo, palić papierosy i oglądać filmy. Niektórzy jednak, tak jak główny bohater powieści „Paryski ekspres” - mordują. A potem wertują gazety w nadziei, że najdzie się tam chociaż wzmianka o ich bestialskim czynie.

W Afryce śmierć nie jest tematem tabu. Tragedie rozgrywają się na porządku dziennym, a duchom zmarłych poświęca się bardzo wiele czasu i uwagi. Rodziny oddają hołd swoim przodkom poprzez tradycyjne rytuały, wykonywanie specjalnych masek, czy gotowanie odpowiednich potraw. Oczywiste wydaje się, że przybywający na Czarny Ląd Europejczyk również nie jest w stanie uniknąć kontaktu z umieraniem. Nie dziwi więc tytuł powieści Patricka Bessona „Lecz zabije rzeka białego człowieka”, która wprowadzając nas w tajemniczy, afrykański świat, porusza również temat śmierci.
Strona: 1 z 12 | 2 »