
Ucieczka nie jest rzeczą godną podziwu. Panuje powszechne przeświadczenie, że tych, którzy odwracają się i unikają starć z innymi, obowiązków, czy też po prostu odpowiedzialności, powinno się piętnować i publicznie nazywać tchórzami. A co, jeśli taka ucieczka jest konieczna do osiągnięcia szczęścia i spokoju? Co, jeżeli jest ona przejawem niezwykłej odwagi i pomaga w zrozumieniu samego siebie? Przykład właśnie takiego postępowania możemy odnaleźć w powieści Guy’a Grieve „Zew Natury”.

Współczesny dyskurs o globalizacji jest niczym innym, jak tylko amatorskim użyciem terminów filozoficznych – twierdzi w swojej książce „Kryształowy pałac” Peter Sloterdijk, współczesny niemiecki filozof i publicysta. Za rozpowszechnianie tego błędnego i zniekształconego obrazu odpowiadają dziennikarze, którzy opierają się na interpretacjach rzeczywistości tworzonych przez politologów i ekspertów od nauk społecznych. A wszyscy powtarzają bzdury.

Umberto Eco czuje się jak ryba w wodzie we wszystkim, co wiąże się z teoriami spiskowymi. Czytelnicy mogą się tylko cieszyć, że autor „Imienia Róży” co jakiś czas przypomina o swojej obecności, udowadniając w ten sposób takim pisarzom jak Dan Brown, kto w tej dziedzinie rządzi.

Polski drang nach westen upatrzył Londyn na swój heimat. Nie tak dawno krajowe media szumnie go ochrzciły siedemnastym województwem. Tysiące Polaków ściągnęły nad Tamizę szukając zatrudnienia. Podawali cegły, nalewali piwo i zmywali naczynia idąc przetartym szlakiem pierwszej polskiej emigracji – rodaków pozostałych w Anglii po II Wojnie Światowej.

Kupferberg był piękny i zielony. Był miastem górników i browarników. Stała tam gospoda, gdzie odbywały się zabawy i kościół, gdzie odbywały się nabożeństwa. Był też pałac i myśliwski domek. Był rynek, kamienice i małe gospodarstwa. Potem przyszła wojna, a po wojnie nic nie było już takie samo. Kupferberg zmienił się w Miedziankę. Polacy zastąpili Niemców. Kopalnia miedzi stała się kopalnią uranu. A potem domy zaczęły śpiewać. I nie było już Miedzianki.

Jak na latynoski romans przystało, na początku wszystko wygląda dosyć stereotypowo: dwójkę głównych, zakochanych w sobie bohaterów powieści Elsy Drucaroff „Kobiety z miasta Salta” różni praktycznie wszystko. Uwikłani w wojnę o niepodległość XIX-wiecznej Argentyny i podziały społeczne nie mogą być razem, ale to jeszcze nie znaczy, że nie spróbują.

„Bóg nosi dres” naprawdę. Jest byłym nauczycielem-chemikiem, mieszka na wsi, klnie i ogólnie rzecz biorąc ma swoje słabości. A że pomaga pewnemu chłopcu – to chyba tak z braku lepszego zajęcia. Książka Piotra Sendera skrywa jednak więcej, nie tylko boskich, niespodzianek.

Czytając nową książkę Marcina Rychlewskiego zastanawiałem się, do kogo właściwie jest ona skierowana. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że autor swoje wywody na temat semiotycznych aspektów muzyki rockowej opiera na wyjątkowo solidnej podstawie merytorycznej. Ma wiedzę zarówno z dziedziny antropologii kultury, semiotyki, jak i historii rock and rolla. Faktem jest również, że takich pozycji brakuje w polskim dyskursie naukowym. Tylko… no właśnie – dyskurs ten nie jest dla każdego, a sam fakt pojawienia się Rewolucji rocka na półkach księgarń każe domniemywać, że autor i wydawca chcą z nią trafić pod strzechy.

„Farby wodne” Lidii Ostałowskiej – reprezentantki „pionierskiego” pokolenia reporterów „Gazety Wyborczej” – witają czytelnika dwoma rozdziałami, które bez wahania można by nazwać kwintesencją reporterskiej percepcji świata.

Istnieją dwa rozdaje dobrych książek: te, które przyjemnie się czyta i te, których czytanie JEST czystą przyjemnością. Są też takie, które starają się dryfować gdzieś na obrzeżach którejś z tych kategorii i te ginące w morzu podobnych publikacji. W lekkiej beletrystyce te granice bywają bardzo płynne, a indywidualne oceny odbiorców często bardzo się od siebie różnią.
Strona: 1 z 21 | 2 »