
Podobno na takie koncerty powinni chodzić albo ludzie o stalowych nerwach albo demoniczni pasjonaci... również o dość dobrej odporności psychicznej. Ja raczej nie zaliczam się do żadnej z tych kategorii – mimo to na występ Corruption w Firleju poszłam z chęcią i nadzieją na dobre i mocne widowisko.

To nie był słoneczny dzień, padał deszcz i aura nastrajała raczej pesymistycznie. Świetnym lekarstwem na wszechogarniającą melancholię okazała się wizyta w Firleju... gdzie zagrał dla nas zespół Bethel.

Kiedy wiosenny płaszcz utkany z niedzielnego marazmu stopniowo zaczynał męczyć i wydawało się, że już nic nie zdoła wypełnić energią nieśpiesznie płynących godzin ostatniego dnia tygodnia, członkowie duetu Twilite – Paweł Milewski i Rafał Barwisz złapali swoje akustyczne gitary i rozpoczęli koncert w podziemiach wrocławskiego Absyntu. Magia muzyki płynącej prosto z serca stała się namacalna, a publiczność w niezwykłym skupieniu pochłaniała kolejne kawałki, by mieć możliwość jak najwięcej uroczych dźwięków zabrać ze sobą na wynos.

Dzień drugi, w którym odkrywamy uroki polarnego wiatru, i bezchmurnego nieba. A także fakt, że z całym zespołem Bodi Bill spędziliśmy prawie cztery godziny w samolocie. Korespondencji ciąg dalszy.

Dzień pierwszy, w którym poznajemy uroki nagłych zawirowań pogodowych, śpiewamy z wokalistą zespołu Reykjavík! oraz chowamy się przed nieco zbyt zamroczonymi współkoncertowiczami na scenie elektronicznej.Korespondencję z końca świata czas zacząć!

Dzień piąty, czyli Grand Finale, w którym nie możemy odżałować sobotniego koncertu For a Minor Reflection (ponoć szałowy) oraz wypatrujemy wszelkich informacji na temat występu niespodzianki w Sodoma (i znajdujemy je szybciutko u znajomego bloggera). Krótka relacja z krótkiego dnia ostatniego.

Dzień trzeci, w którym jemy hot dogi wychwalane przez Makłowicza (bo jest zdecydowanie większym autorytetem kulinarnym niż Bill Cinton) oraz odkrywamy uroki muzyki klasycznej. Korespondencja, wciąż.

Dzień czwarty, w którym odkrywamy dziurę w bucie, a plakietka PRESS przegrywa walkowerem z plakietką VIP. Korespondencja przerwana, brak sygnału.

Wbrew obawom, nie był to usypiający i przygnębiający koncert. W czarno-czerwonych wnętrzach Bezsenności port-royal dali z siebie wszystko. Milion bitów, a każdy z nich inny - od chropowatych, okołoindustrialowych, po chamskie dyskotekowe uderzenia. Wciąż aktualne pozostaje jednak hasło "In Europe, we're afraid to dance" - nikt nie odważył się opuścić wygodnej kanapy.

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że co jakiś czas Radio RAM organizuje swoją Strefę. I do tejże strefy ściąga nie wiadomo jak i skąd zespoły i wykonawców, które w pewien sposób wpasowują się w klimat i target słuchaczy. I te rzesze fanów chilloutów, smooth jazzów, soulów, downtempów, worldbeatów ciągną do Impartu, bo wiedzą, że ich radio pod względem doboru artystów nie zawiedzie. Atmosferę strefową daje się odczuć już od samego wejścia, gdzie podekscytowane grupki ludzi z biletami w rękach z nabożeństwem rozprawiają o wieczornym wydarzeniu.