
16 kwietnia nakładem wydawnictwa Lou&Rocked Boys ukaże się album "Niemen nieznany" wrocławskiego zespołu Soundrise.

W ostatnim czasie dość obszernie zapoznawałem się ze spuścizną polskiej muzyki rozrywkowej sprzed trzech, czterech dekad, co nie umknęło uwadze moim znajomym, których reakcją na ten fakt często było kiwanie głową z politowaniem lub z uznaniem. Uznaniem działającym na zasadzie ale gość, on potrafi tego słuchać.

Śmieszna sprawa z tym swagiem. Dzisiaj to słowo, którego nadużywają wszyscy, choć nikt tak naprawdę nie wie, co znaczy. Kiedy kilka lat temu pojawiało się w tekstach raperów z Young Money/Cash Money, kiedy Soulja Boy nieśmiało przebąkiwał o "podkręcaniu swagu", kiedy Gucci Mane błyskał złotem (z wiadomym słowem na ustach), wreszcie kiedy określano styl Lil B "rapem dla swagu" - nikt nie przykładał wielkiego znaczenia do śmiesznego, niedefiniowalnego w gruncie rzeczy terminu. 2011 rok obfitował w mixtape'y artystów, którzy "SWAG" wpisali sobie na sztandary. W takiej sytuacji wypada mi powołać się na najlepszą definicję tego słowa, która wyszła z ust nieocenionego Michaela Scotta z "The Office" - Stuff We All Get. A o tym, ile dostaliśmy w tym roku, najlepiej świadczy fakt, że najlepsze hip-hopowe albumy w tym roku to darmowe mixtape'y. Ale po kolei.

Czytając nową książkę Marcina Rychlewskiego zastanawiałem się, do kogo właściwie jest ona skierowana. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że autor swoje wywody na temat semiotycznych aspektów muzyki rockowej opiera na wyjątkowo solidnej podstawie merytorycznej. Ma wiedzę zarówno z dziedziny antropologii kultury, semiotyki, jak i historii rock and rolla. Faktem jest również, że takich pozycji brakuje w polskim dyskursie naukowym. Tylko… no właśnie – dyskurs ten nie jest dla każdego, a sam fakt pojawienia się Rewolucji rocka na półkach księgarń każe domniemywać, że autor i wydawca chcą z nią trafić pod strzechy.

Nudzimy się już trochę sterylnymi produkcjami w formacie empetrzy. Wciąż jara nas bass, ale wzbogacony o latynoskie rytmy, hinduskie zaśpiewy czy afrykańskie bębny nabiera nowego wymiaru i z zamuły nad piwem wyrwie was do tańca. Nieporadna czasem produkcja jest zaś znakiem autentyczności. Prawdziwy, zajawkowy underground jeszcze istnieje, tylko że przeniósł się do trzeciego świata.

Czy gitara umiera? Przeglądając recenzje w najróżniejszych portalach, można dojść do wniosku, że w ostatnich latach zespoły hołdujące tradycyjnemu rockowemu instrumentarium nie są w stanie zdobyć się na albumy, jeśli nie uzyskujące rangę "klasycznych", to przynajmniej zachwycające.

Wynikiem kooperacji Nice One oraz agencji Kickbeat jest 2 dniowy multimedialny festiwal. Elektronika Live, dj’s, movie, fashion, party, chill, pik-nik, fun & Game’s, Fu-Ku Concept store.

Francuscy mistrzowie muzycznych interpretacji wystąpią ponownie we Wrocławiu, w klubie Eter. Zespół dał się poznać jak twórcy doskonałych coverów klasyków new wave z lat 80, zaaranżowanych w stylu easy listening. Wielki sukces odniosło kilka brawurowych wykonań takich utworów jak "Too Drunk To Fuck" Dead Kennedys, "Don’t Go" Yazoo, czy "I Just Can’t Get Enough" Depeche Mode.

Bonobo, mistrz nastrojowego nowego jazzu/downtempo i autor znakomicie przyjętej płyty “Black Sands”, w kwietniu zagra we Wrocławiu z zespołem w 6-osobowym składzie! Bonobo Live Band zaprezentuje się w Polsce w ramach swojego europejskiego tournee.

Niezdrowo skoczna, dziwna, przydługo instrumentalna i obciachowa – taka jest muzyka celtycka, w powszechnym mniemaniu. Czy aby na pewno? A co powiecie na dodanie do wszystkich tych skrzypeczek i flecików mocniejszego brzmienia gitary elektrycznej i perkusji? Efekt zaskakuje bardzo pozytywnie – zwłaszcza zagrany przez śląską kapelę Beltaine, która wystąpi w Łykendzie już 2 grudnia.
Strona: 1 z 3 | 2 »