
Prawie każda poważna rozmowa o historii wcześniej czy później dochodzi do pewnego punktu, który nazywam punktem heglowskim. Jest to ten moment, kiedy wszyscy z poważnymi i nieco melancholijnymi minami, kiwając leciutko, samym tylko podbródkiem, parafrazują słynny paradoks, że jedyną rzeczą, której uczy nas historia, jest to, że niczego nas nie uczy. W wyniku tego, używając podobnego aforyzmu, wszystko zatacza koło. Smutna sprawa, biorąc pod uwagę, że takie wydarzenia jak Holocaust kwestionują nie tylko sens pisania poezji, czy innych, nawet najbardziej podstawowych czynności. Po dłuższym namyśle, jesteśmy zmuszeni zgodzić się z Russellem, dla którego historia jest sumą tego, czego można było uniknąć. Tu w rozmowie zapada gęste milczenie. Może przez tę ciszę nie da się przebrnąć? Kto wie?

Wrocławski Teatr Współczesny w pierwszych dniach Nowego Roku zaprasza na spektakl pt. Bat Yam w reżyserii Yael Ronen – nowe, pełne humoru, ale i tonów serio, spojrzenie na relacje polsko-żydowskie.

Mówienie o rzeczach tragicznych, zwłaszcza gdy wiążą się z losem narodu, narażone jest na niemal nieuchronną jednostronność i patos. „Bat Yam” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym unika tych mielizn. Opowiedziana w bezpretensjonalny sposób historia częściej bawi niż wzrusza. Nie oferuje jednak łatwych odpowiedzi na trudne pytania.

Spektakl „Bat Yam” porusza niezwykle trudną kwestię relacji polsko-żydowskich. Opowiada o dwóch narodach, będących największymi ofiarami drugiej wojny światowej, które nie potrafią zapomnieć o wyrządzonych sobie nawzajem krzywdach. Przedstawienie, grane na deskach Wrocławskiego Teatru Współczesnego, jest próbą rozliczenia się z przeszłością. Dodatkowo dzieło Yael Ronen, zrealizowane w ramach współpracy izraelsko-polskiej, stanowi doskonałą satyrę, w której reżyserka bezlitośnie rozlicza się ze współczesnym systemem wartości.