
Spektakl "I Ifigenia" w Teatrze im. Kazimierza Dejmka w Łodzi doskonale wykorzystuje performatywną s...

Wydaje się, że ciężko jest recenzować książki wyraźnie zabarwione światopoglądem autora, szczeg&oacu...

„Idy marcowe” to nie film historyczny, ale na wskroś współczesny. Jest i zdrada p...

Kapuściński podróżował po Azji i Afryce z Herodotem. Hugo-Bader przemierzał Rosję śladem dw&o...

Wspomniany inżynier Mamoń to bohater kultowego filmu Marka Piwowskiego „Rejs” , kt&oacut...

W piątek 10 lutego wrocławska Galeria Entropia zaprasza na kolejną odsłonę projektu "Gesty malarskie...

Poezja śpiewana to rodzaj muzyki, którą rzadko popularyzują media komercyjne. I nie dlatego, ...

Ucieczka nie jest rzeczą godną podziwu. Panuje powszechne przeświadczenie, że tych, którzy od...

Z dziełami klasyków - jak na wojnie i w miłości - wszystkie chwyty dozwolone. Wprawdzie nie b...

Ktoś musiał złożyć doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewneg...

Rok 2011 w polskim teatrze był dla mnie przede wszystkim okresem stabilizowania się wypracowanych w poprzednich latach nowych języków teatralnych i form angażowania widza. Kontrowersyjne zabiegi sceniczne przestały wzbudzać niechęć. Co więcej - stały się pretekstem do dyskusji. W przestrzeni teatrów instytucjonalnych, oprócz nowych konwencji, narodził się również nowy typ widza, który zamiast automatycznie odrzucać to, co nieznane, próbuje analizować i zrozumieć. Ja natomiast spróbuję podsumować mijający rok.

Tegoroczna – czwarta edycja festiwalu „Boska komedia” – bez wyraźnej i spójnej linii programowej kusiła dowolnością. Ponownie trzy nurty: Inferno (konkurs polski), Purgatorio (przegląd repertuarowy) oraz Paradiso (młodzi twórcy). Jak co roku mnogość wydarzeń ciekawych i tych mniej interesujących; trzy kręgi, siedem dni: spektakle, spotkania autorskie, konferencje. Jednym słowem klęska urodzaju, róg obfitości, teatralna uczta. To na papierze i ekranie. Zapowiedzi organizatorów i koordynatorów festiwalu nie zawsze jednak zgadzały się z rzeczywistością.

Prawie każda poważna rozmowa o historii wcześniej czy później dochodzi do pewnego punktu, który nazywam punktem heglowskim. Jest to ten moment, kiedy wszyscy z poważnymi i nieco melancholijnymi minami, kiwając leciutko, samym tylko podbródkiem, parafrazują słynny paradoks, że jedyną rzeczą, której uczy nas historia, jest to, że niczego nas nie uczy. W wyniku tego, używając podobnego aforyzmu, wszystko zatacza koło. Smutna sprawa, biorąc pod uwagę, że takie wydarzenia jak Holocaust kwestionują nie tylko sens pisania poezji, czy innych, nawet najbardziej podstawowych czynności. Po dłuższym namyśle, jesteśmy zmuszeni zgodzić się z Russellem, dla którego historia jest sumą tego, czego można było uniknąć. Tu w rozmowie zapada gęste milczenie. Może przez tę ciszę nie da się przebrnąć? Kto wie?

„Blanche i Marie” Cezarego Ibera to adaptacja powieści i dramatu Pera Olova Enquista pod tym samym tytułem. Szwedzki pisarz przez ponad dwa lata zbierał w Paryżu materiały do zapisania historii przyjaźni Blanche Wittman i Marie Curie- Skłodowskiej. Różnice między tymi niezwykłymi kobietami składają się na spójny obraz czasów, w których przyszło im żyć. Łączy je wiele i niewiele zarazem - niezmierzone pragnienie odwzajemnionej miłości. Siła o tyle destrukcyjna, co twórcza, nieprzejednanie obezwładniająca i wspólna nam wszystkim.

„Opowieści afrykańskie według Szekspira i innych” to spektakl przede wszystkim o umowności rasy, płci, języka i stosunków międzyludzkich. Warlikowski wykorzystuje trzech bohaterów klasycznych – Shylocka, Otella i Leara do zbudowania narracji przeplatającej się z prozą Johna Maxwella Coetzee'ego. Z twórczości południowoafrykańskiego pisarza reżyser zapożycza wątek relacji między śmiertelnie chorym rodzicem a dzieckiem, które zmuszone jest się nim opiekować. W tej historii wszystko przestaje być tym, czym się dotąd wydawało.